Ruiny zamku Radosno oraz kopalnia pożerająca z wolna górę Bukowiec

Niejasne początki zamku Radosno czynią zeń jedną z najbardziej tajemniczych warowni w polskich Sudetach. Nie wiadomo czy od początku chronił on ziem księstw śląskich, czy może stanowił czeską kontrę dla okolicznych zamków piastowskich władców. Dalsze dzieje tego kasztelu są niewiele mniej mętne a to, co w nich znane, kładzie się cieniem na jego reputację, która przez długi czas mroziła krew w żyłach okolicznych mieszkańców, nie pozwalając im zmrużyć bez strachu oka. Poświęćcie chwilę na zapoznanie się z historią tego interesującego obiektu, którą uzupełnię fotorelacją z pobliskich szlaków. Dodatkowo powinno zachęcić to Was do odwiedzenia tych pięknych i mało znanych okolic.


Artykuł ten jest kontynuacją relacji z trasy, którą rozpocząłem w Wałbrzychu, przechodząc przez ruiny zamków Nowy Dwór i Rogowiec oraz przez niezwykle malownicze tereny, które je otaczają. Pora na ostatni etap tej trasy, podczas którego zaprezentuję Wam ruiny jeszcze jednego średniowiecznego zamku oraz pewien obiekt przemysłowy, będący ciekawym przykładem ludzkiej ingerencji w przyrodę, który mimo swej nienaturalności, potrafi zaprzeć dech w piersiach oglądających go osób.

Zaczynam na Przełęczy Trzech Dolin, na której znajduje się spory węzeł szlaków turystycznych.


Trasa, którą przedstawię w tym artykule:

Zostawiam za sobą Schronisko PTTK Andrzejówka.


Na początek kieruję swe stopy w stronę doliny potoku Sokołowiec.


Chwilę po przekroczeniu strumyka ląduję w samym centrum zamieci śnieżnej.


Po kilkunastu minutach marszu żółtym szlakiem ni stąd, ni zowąd wyrasta przede mną sylwetka zamku Radosno. Ukryty jest on w gęstym lesie, dlatego ciężko zauważyć go z daleka. Posadowiono go na szczycie jednego ze wzgórz w masywie Suchawy, na wysokości około 770 m n.p.m. Wzgórze to otoczone jest naturalnymi dolinkami, które dodatkowo zostały pogłębione przez budowniczych zamku. Wykuli oni w nich fosy osiągające nawet 4 metry głębokości.


Poniżej zdjęcie przedstawiające zamkową wieżę w 1920 roku.


W przeciągu wieku niewiele się ona zmieniła.


Zamek zbudowano z miejscowych skał wulkanicznych - z łupanego melafiru. 
Kamień ten nadaje zamkowi charakterystyczny, rdzawy kolor.


Do naszych czasów zachowała się 12-metrowej wysokości pozostałość po wieży obronnej, osiągającej ponad 7 metrów średnicy.


Wejście do tej wieży znajdowało się na wysokości ok. 4 metrów i można było się tam dostać tylko po wysuwanych w tym celu drabinach. 
Widać to dobrze na pocztówce z 1885 roku, przedstawiającej zamek Radosno.


Do czasów dzisiejszych ten otwór wejściowy się nie zachował a w ścianie wieży wybita jest wyrwa na całej jej wysokości.


Jeszcze na początku lat sześćdziesiątych XX wieku nad wyrwą tą znajdował się łuk skalny.


Dziś jednak i po nim nic już nie pozostało.


Do czasu zakończenia II wojny światowej zamek Radosno nosił nazwę Freudenburg lub Freudenschloß, co można byłoby przetłumaczyć jako "zamek przyjemności" lub "zamek radości", gdyby nie Dolina Radości (Freudengraben), która przebiega u podnóża zamkowego wzgórza. Wątpię bowiem, aby sam zamek miał w swej historii wiele wspólnego z jakimikolwiek przyjemnościami. Poniżej widać przyziemie wieży, w którym być może przetrzymywani byli niegdyś więźniowie. Z zamkach, w których wejście do wieży znajduje się na znacznej wysokości, bardzo często wykorzystywano bowiem dolną jej część jako loch. Ile przyjemności mogli zaznać przesiadujący w tym miejscu więźniowie?


Wydostanie się stąd było raczej mało możliwe, ponieważ otwór wyjściowy znajdował się bardzo wysoko. 
Od samego lochu dzieliła go natomiast z pewnością krata lub podłoga z klapą.


O takiej wyrwie w murze wieży skazaniec mógł jedynie pomarzyć.


Skupmy się jednak na historii zamku Radosno, który był pierwszym centrum osadniczym okolic Mieroszowa i służył utrwalaniu władzy zwierzchniej na słabo zaludnionych wówczas terenach górskich. Najstarszą jego częścią była właśnie prezentowana na powyższych zdjęciach wieża obronna. Wybudowano ją prawdopodobnie w drugiej połowie XIII wieku. Stołp ten otoczono wówczas obwałowaniem ziemno-kamiennym uzbrojonym w palisadę z drewnianych pali. Przypuszcza się, że fundatorem owych umocnień był Bolko I Surowy, z którego rozkazu wybudowano również odległy o niespełna 4 kilometry lotem ptaka zamek Rogowiec, o którym pisałem poprzednio oraz zamek Nowy Dwór, omówiony przeze mnie w jeszcze wcześniejszym artykule. Zgodnie z tą tezą, zamek Radosno od samego początku swojego istnienia wchodziłby w skład pierścienia obronnego, mającego na celu obronę południowej granicy księstwa świdnicko-jaworskiego przed ekspansjonistycznymi zapędami królestwa czeskiego. Istnieją jednak również domysły, według których zamek Radosno został wybudowany przez Czechów, jako przeciwwaga dla sąsiedniego zamku Rogowiec. Spór na ten temat pozostaje nierozstrzygnięty po dziś dzień i ciężko powiedzieć, czy kiedykolwiek pojawią się jeszcze jakieś istotne informacje, rzucające nowe światło na początki historii zamku Radosno.


W XIV wieku dokonano rozbudowy zamku Radosno. Na miejscu drewniano-ziemnych umocnień wzniesiono mury obronne z prawdziwego zdarzenia a w ich obrębie, oprócz starej wieży obronnej, znalazły się nowe budynki mieszkalno-gospodarcze oraz dziedziniec o powierzchni około 300 m². Poniżej widok na pólnocno-zachodni fragment owego dziedzińca, w którym znajdowała się niegdyś baszta z bramą wjazdową na teren zamku.


Poniżej widać odsłonięte niedawno pozostałości budynku mieszkalnego.


Są to fragmenty przyziemia znajdujące się po północno-zachodniej stronie dawnego zespołu obronnego.


Przechadzając się tamtędy należy uważać, aby nie wpaść do tego, co pozostało z zamkowego zbiornika na wodę pitną.


W drugiej połowie XIV wieku zamek z pewnością należał do księcia świdnicko-jaworskiego Bolka II Małego. Po jego śmierci księstwem władała jego żona Agnieszka, jednak kiedy i ona odeszła w 1392 roku, zamek Radosno, tak samo jak zamki, które opisywałem poprzednio oraz całe księstwo świdnicko-jaworskie, weszły w skład Korony czeskiej. Trzy dekady później w Czechach rozpętało się piekło wojny domowej o znamionach konfliktu religijnego. Jak dowodzi historia, wojny tego rodzaju, toczone w imię Boga, należą do najkrwawszych z możliwych. W owym czasie, który zapisał się w historii jako wojny husyckie, zamek Radosno był dwukrotnie oblegany przez reformatorów wiary chrześcijańskiej. Miało to miejsce w roku 1427 i 1434 roku. Za drugim razem prawdopodobnie został zdobyty, chociaż nie ma na to jednoznacznych dowodów. W każdym razie po wojnach husyckich zamek był już opanowany przez rycerzy-rabusiów, którzy plądrowali okoliczne miejscowości. W 1443 roku mieszczanie wrocławscy postanowili dać kres ich rozbojom i wspierani przez wojsko zniszczyli zamek Radosno. Dwie dekady później rozbójnicka hydra podniosła jednak ponownie swą głowę. W 1466 roku dwaj bracia pochodzący z mało honorowego rodu rycerskiego Schellendorfów odbudowali bowiem zamek i uczynili z niego jedną ze swoich zbójnickich siedzib. Urzędowali oni również w tym samym czasie na zamku Rogowiec, dając się we znaki wielu miejscowościom dookoła. Oba zamki zostały ostatecznie zniszczone w 1497 roku przez wojska Macieja Korwina, króla węgierskiego, pretendenta do korony czeskiej, który postanowił rozprawić się z gniazdami rozbójników w tych okolicach. Od tego czasu zamek Radosno znajduje się w stanie zaawansowanej ruiny. Poniżej widok na ruiny Radosna z 1905 roku.


Widok z tej samej perspektywy podczas mojej wyprawy.


Po zapoznaniu się z ruinami zamku Radosno wracam tą samą drogą w kierunku Andrzejówki.


Tym razem widoków nie przesłania mi już padający gęsto śnieg.


Opuszczam Dolinę Sokołowca i podchodzę na Przełęcz Trzech Dolin.


Przeskakuję tam na szlak czerwony i zostawiam za sobą Andrzejówkę udając się w kierunku szczytu Bukowca. Znowu sypie.


Przed wejściem w las oglądam jeszcze Waligórę - najwyższy szczyt Gór Kamiennych.


Widać też dobrze Suchawą, na której zboczach posadowiony jest zamek Radosno. 
Wędrówkę przez Waligórę, Suchawą oraz pozostałe najwyższe szczyty Gór Suchych opisywałem przy innej okazji, w tym miejscu.


Podczas wspomnianej wyprawy miałem okazję oglądać z różnych perspektyw Bukowiec, na który się właśnie wybieram.
Poniżej widok z Rybnicy Leśnej na Bukowiec oraz wyłaniającą się zza niego Graniczną.


To z kolei jest już widok z przeciwnej strony jego grzbietu, ze szczytu Kostrzyny.


Tak natomiast prezentuje się pociągły grzbiet Bukowca z okolic szczytu Suchawy.
Po prawej widać fragment tarasów kopalni melafiru, którą pokażę niebawem z bliska.


Szlak wiedzie mnie początkowo urokliwymi zboczami Granicznej.


Po mojej lewej stronie ciągnie się najwyższy grzbiet Gór Suchych. Widok na Kostrzynę i Włostową.


Chwilę później przeskakuję na zbocza Bukowca. Nazwa tej góry wzięła się zapewne od porastającego ją naturalnego drzewostanu. 
Rośnie tu gęsty las bukowy, co w Górach Kamiennych jest dość rzadko spotykane, gdyż najczęściej rosną w nich nasadzone przez ludzi świerki.


W końcu docieram do miejsca, z którego widok jest naprawdę wyjątkowy. 
Nie chodzi mi jednak o poniższy widok na Graniczną, Suchawą, Kostrzynę i Włostową, który swoją drogą jest również niczego sobie.


Tym, co szczególnie przykuwa tu oko, jest kopalnia położona za moimi plecami.


Mowa o kopalni KSS Bartnica Sp. z o. o. w Rybnicy Leśnej, w której od dziesięcioleci wydobywa się melafir.


Melafir, zwany również trachybazaltem, jest magmową skałą wylewną o barwie brunatno-czerwonej, przechodzącej czasami w czerń. 
Barwę tą widać było m.in. na prezentowanych przeze mnie ruinach zamków Rogowiec i Radosno, które zbudowano właśnie z tej skały.


Kruszywa produkowane z melafiru osiągają podobne, lub nawet lepsze właściwości, niż kruszywa bazaltowe. Charakteryzują się one niską ścieralnością oraz sporą mrozoodpornością, przez co idealnie sprawdzają się w budownictwie drogowym, kolejowym, czy jako materiał do produkcji betonów cementowych najwyższej klasy (powyżej B50).


Wielkość złoża melafiru w Rybnicy Leśnej szacowana jest na 160 milionów ton.


Jego eksploatacja prowadzona jest metodą odkrywkową, z użyciem materiałów wybuchowych.

źródło powyższej fotografii: dziennik.walbrzych.pl

Odkrywki dokonuje się stokowo, systemem ścianowym. 
Powoduje to powstawanie charakterystycznych, wielopoziomowych tarasów wrzynających się w zbocza góry Bukowiec.

źródło powyższej fotografii: dolny-slask.org.pl

Kopalnia pracuje całodobowo. 
W ciągu dnia jest w stanie wysłać 8 tysięcy ton kruszywa transportem kolejowym oraz 6 tysięcy ton transportem samochodowym.


Nieustannie pracują tutaj kruszarki skał, przesiewacze, przenośniki taśmowe oraz maszyny prowadzące prace wydobywcze w wyrobiskach.


Skały z wyrobisk transportowane są do kruszarek przez specjalistyczne samochody ciężarowe o dużej ładowności.


Cały ten sprzęt jest źródłem nieustannego hałasu, który kształtuje klimat akustyczny tego rejonu.


Wędrując po okolicznych górach bardzo często można usłyszeć nie tylko detonowane ładunki wybuchowe. 
Słychać również sygnały je zapowiadające oraz odwołujące a także pracujący na okrągło sprzęt ciężki.


Przy szlakach rozmieszczone są tablice ostrzegawcze informujące o niebezpieczeństwach w strefach rozrzutu odłamków skalnych.


Opisywana kopalnia powstała w 1935 roku. W 2011 roku jej działalność została zawieszona. Następnie kopalnia z trudem walczyła o odzyskanie koncesji na dalsze wydobycie. Udało się ją uzyskać w 2017 roku, po 6-ciu latach trzymania jej pracowników w niepewności. Odtąd wydobycie jest kontynuowane. Poniżej zdjęcie zrobione w latach przedwojennych, na którym widać tutejszy kamieniołom.


Znad tarasów kopalni melafiru udaję się w pięknych, zimowych okolicznościach przyrody, w dalszą drogę.



Las wygląda wspaniale, kiedy gałęzie pokryte są gęstym szronem.


Wcale nie trzeba szerokich widoków, aby wędrowanie po takich ścieżkach przynosiło przyjemność.


Po chwili staję na zalesionym szczycie Bukowca.


Zima rozsiadła się na nim na dobre.


W taką pogodę nawet myśliwym nie chce się tutaj fatygować.


Poniżej dobry przykład umiejętności adaptacyjnych przyrody - świerk rosnący na korzeniu powalonego dawniej drzewa.


Prześwit pomiędzy drzewami z widokiem na pola w okolicach Unisławia Śląskiego.


Kawałek dalej rozpoczynam przyjemne, choć w wielu miejscach strome, zejście z Bukowca.


Na północnym-wschodzie majaczy w mglistym powietrzu Borowa, na której byłem dnia poprzedniego.


Zza kolejnego leśnego zakątka wyłania się nagle Stożek Wielki.


Na prawo od niego widzę Pasmo Lesistej Wielkiej.


Jak mucha do lepu idę w tę stronę, wiedziony pięknym widokiem.


Względem szczytu Bukowca zszedłem już ponad 300 metrów niżej. 


Śniegu jest już tutaj wyraźnie mniej niż na górze.


Mimo to, śnieg ani na chwilę się nie poddaje. Pada tak, jakby za wszelką cenę chciał uzupełnić swe braki na polach.


Oczarowany widokiem na Stożek Wielki i Pasmo Lesistej Wielkiej zdaję sobie nagle sprawę, że od dobrych dziesięciu minut idę w ich stronę, nie zwracając uwagi na oznakowania szlaków. Orientuję się, że od pewnego czasu w ogóle ich nie widziałem. Tym samym musiałem zawrócić, gdyż odbiłem ze szlaku zaraz za miejscem, w którym widziałem na horyzoncie zarys Borowej. Ani przez chwilę nie żałowałem jednak tej nieuwagi, gdyż widoki były warte nadłożenia owego kawałka drogi.


Po chwili jestem z powrotem na szlaku.


Zostawiam za sobą Bukowiec.


Zbliżam się natomiast do Unisławia Śląskiego. W padającym śniegu najbardziej wyróżnia się wieża kościelna.


Zbliżając się do niej spostrzegam, że kościół ten znajduje się w kompletnej ruinie.


Po drobnych zakupach mijam Unisław Śląski i udaję się dalej, w stronę Wałbrzycha.


Mroczny obrazek z okolic Góry Gliniczek.


Ostatni pozamiejski widok na trasie.


Za zakrętem wyłania się bowiem Wałbrzych i jego dzielnica Podgórze wraz z tamtejszym dworcem kolejowym Wałbrzych Główny.


Widok sprzed stu lat z dworca kolejowego Wałbrzych Główny (ówcześnie Dittersbach) na wzniesienie Barbarka (ówcześnie Kolbeberg), z którego zrobiłem poprzednie zdjęcie. Na szczycie widać nieistniejące już dzisiaj schronisko Kolbebaude.


Z Barbarki udaję się na ostatnie podczas tej wyprawy zejście w dół. 
Po drodze widzę mglisty zarys Zamkowej Góry, na której byłem poprzedniego dnia zwiedzając ruiny tamtejszego zamku Nowy Dwór.


Dalej wchodzę już w miasto i ponownie przechodzę pod opisywanym poprzednio zabytkowym wiaduktem kolejowym.


Moja wędrówka dobiega końca na stacji Wałbrzych Główny.


Mapa całej trasy pokonanej w ciągu niecałych dwóch dni:

Zachęcam Was gorąco do odkrywania ruin prastarych zamków, które poukrywane są w różnych zakątkach naszych gór. Ja z pewnością będę kontynuował serię "Sudeckich warowni", gdyż pozostało mi jeszcze mnóstwo ciekawych obiektów do zobaczenia. Seria na pewno nie będzie regularna ale prędzej czy później powrócę z kolejnym tekstem o średniowiecznym zamku z sudeckich ostoi.

Tymczasem myślę, że mogą zainteresować Cię również poniższe artykuły:
Pisząc powyższy artykuł korzystałem z:
- Wikipedia (hasło Zamek Radosno)
- www.skn.pl/pl/strony/kopalnia-melafiru-rybnica-lesna/
- www.fotopolska.eu (fotografie archiwalne)

Komentarze

  1. Bardzo ładnie i dokładnie opisany zamek (!)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo przepiękne widoki, opisy także.

    OdpowiedzUsuń
  3. "Po kilkunastu minutach marszu żółtym szlakiem ni stąd, ni zowąd wyrasta przede mną sylwetka zamku Radosno. Ukryty jest on w gęstym lesie, dlatego ciężko zauważyć go z daleka."
    To prawda, że idąc z tej strony, z której nadszedłeś, ciężko zauważyć te ruiny z daleka, natomiast przez prawie pół roku (zima, część jesieni i wiosny) znakomity widok na wieżę można mieć z trójwierzhołkowego masywu górskiego na południe od zamku (tworzą go szczyty: Suchawa, Włostowa, Kostrzyna), przez który to masyw przechodzi niebieski szlak. Będąc 100-150 m wyżej niż zamek i nieco pod ukosem (nie centralnie na pd.) można mieć naprawdę oryginalny widok na ruiny.

    "Wejście do tej wieży znajdowało się na wysokości ok. 4 metrów i można było się tam dostać tylko po wysuwanych w tym celu drabinach."
    W większości tego typu założeń do wieży prowadziły drewniane schody, nie drabiny. Były praktyczniejsze, a w razie zagrożenia i tak je niszczono (podpalano), a wtedy i owszem - można się było dostać do otworu drzwiowego tylko po drabinie (w ten sposób też opuszczano wieżę, gdy zagrożenie mijało).

    "Do czasu zakończenia II wojny światowej zamek Radosno nosił nazwę Freudenburg lub Freudenschloß, co można byłoby przetłumaczyć jako "zamek przyjemności" lub "zamek radości"".
    Równie dobrze nazwę można tłumaczyć od liczy mnogiej słowa "Freund" (przyjaciel, miłośnik, ale też drużba - świadek weselny).

    "Wątpię bowiem, aby sam zamek miał w swej historii wiele wspólnego z jakimikolwiek przyjemnościami."
    A ja sądzę inaczej. Piszesz "Poniżej widać przyziemie wieży, w którym być może przetrzymywani byli niegdyś więźniowie. Z zamkach, w których wejście do wieży znajduje się na znacznej wysokości, bardzo często wykorzystywano bowiem dolną jej część jako loch. Ile przyjemności mogli zaznać przesiadujący w tym miejscu więźniowie?". Istnieje cały szereg zamków (w Sudetach również), gdzie loch głodowy/więzienie było poza wieżą z wyoko umieszczonym wejściem. Najbardziej znanym tego typu zamkiem jest karkonoski Chojnik. A przyjemności? Cóż, 600 lat temu z zamku rozciągała się ładna panorama (nie było drzew na szczycie), ludzie z załogi po służbie mogli się wygrzać w słońcu (ludzie średniowiecza zamieszkujący zamki o wiele chętniej przebywali na świeżym powietrzu, niż się powszechnie sądzi na podstawie np. fabularnych filmów osadzonych w tej epoce) lub przy kominku, napić piwa lub zagrać w karty albo popatrzyć na niewiastę Pana zamku. Czasem przybył zapewne jakiś ministrel, śpiewający np. pieśni o królu Arturze (Dolny Śląsk był w kręgu kultury zachodniej a dowodem na to, że motywy arturiańskie były tu znane, są malowidła w wieży w Siedlęcinie koło Jeleniej Góry). Na historię zamku Radosno patrzymy często przez pryzmat epizodów typu wojny husyckie czy raubritterstwo, a przecież wcześniej całe lata (a czasem i nawet stulecie) upływały spokojnie, na tzw. życiu codziennym.
    Nie przesadzałbym więc z tą mrocznością...

    "W owym czasie, który zapisał się w historii jako wojny husyckie, zamek Radosno był dwukrotnie oblegany przez reformatorów wiary chrześcijańskiej. Miało to miejsce w roku 1427 i 1434 roku. Za drugim razem prawdopodobnie został zdobyty, chociaż nie ma na to jednoznacznych dowodów."
    Pamiętam jak w dawnych dla mnie osobiście czasach, mianowicie na początku obecnego wieku, byłem w Sokołowsku na zimowisku zuchów (jako kadra) i wymyśliłem (miłośnik historii :-)) grę terenową, której celem było zdobycie/obrona zamku w czasach husyckich. Ja byłem bodajże księciem Janem, kolega wodzem husytów Prokopem Wielkim. Dwie gromady zuchów ruszyły w bój. No cóż, moja ekipa Radosna nie obroniła :-)


    PS Kopalnia melafiru w Rybnicy Leśnej to temat na osobną opowieść. Przeboje związane z uzyskaniem przez nią pozwolenia na dalszą działalność były relacjonowane w lokalnych dolnośląskich mediach oraz na forach górskich, ponieważ jest to podręcznikowy wprost przykład zderzenia interesów przemysłu wydobywczego z interesem turystów i ochrony przyrody.



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "W większości tego typu założeń do wieży prowadziły drewniane schody, nie drabiny. Były praktyczniejsze, a w razie zagrożenia i tak je niszczono (podpalano), a wtedy i owszem - można się było dostać do otworu drzwiowego tylko po drabinie".

      Kiedy na zamku stacjonowała stała załoga będąca przedstawicielstwem trwałej władzy zwierzchniej, wtedy faktycznie mogły być to schody, przynajmniej dopóki nie zostały porąbane toporami przed, lub w trakcie ataku najeźdźcy, gdy zdobywane były mury zamkowe (spalenie trwałoby raczej zbyt długo i byłoby uciążliwe dla jego obrońców, stanowiłoby również zagrożenie dla samego zamku). Kiedy jednak zamek osadzony był przez zbójników, którzy traktowali go jako kryjówkę, zmieniając czasami swe położenie, mając mniejsze szanse na odparcie ataku niż armia królewska lub książęca, wtedy raczej stale korzystali oni z drabin i innych improwizowanych rozwiązań. Podobnie było w wielu strażnicach na Jurze, które zostały wybudowane na szczytach ostańców skalnych. Proszę zapoznać się choćby ze strażnicą w Przewodziszowicach.

      Usuń
    2. "Kiedy na zamku stacjonowała stała załoga będąca przedstawicielstwem trwałej władzy zwierzchniej, wtedy faktycznie mogły być to schody, przynajmniej dopóki nie zostały porąbane toporami przed, lub w trakcie ataku najeźdźcy, gdy zdobywane były mury zamkowe (spalenie trwałoby raczej zbyt długo i byłoby uciążliwe dla jego obrońców, stanowiłoby również zagrożenie dla samego zamku)."
      Nie - "mogły" - lecz w większości przypadków BYŁY to schody. Dlaczego? Ponieważ wieże zamków strzegących południowej granicy księstwa świdnicko-jaworskiego (tudzież jaworsko-świdnickiego) miały na ogół wieże wolnostojące. Określa się je mianem:
      - stołp
      - wieża ostatecznej obrony
      - bergfried (to ostatnie to oczywiście określenie niemieckie)
      Nie były one generalnie zamieszkiwane w okresie pokoju (do tego służył budynek/budynki mieszkalny/-e), a był to punkt ostatecznej obrony w razie sforsowania zamkowych murów, bądź zdobycia niższych partii zamków (pamiętajmy, że niektóre sudeckie bądź podsudeckie były dwudzielne - zamek dolny i górny, a czasem nawet trójdzielne: dolny, średni i górny; stołp był zawsze na zamku górnym, niekiedy każdy poziom zamku mógł mieć swój stołp). Ponieważ owo "Alamo" było obsadzane w sytuacji krytycznej, nikt by się nie bawił w drabiny, ponieważ gdy nagle cała załoga (czasem niewielka, czasem większa) musiała się doń ewakuować, 80% składu by nie zdążyło tego uczynić po drabinie. Opowieści o rąbaniu toporami schodów są doprawdy barwne, ale proszę wyobrazić sobie rąbanie schodów o wysokości 4 metrów przez kilku straceńców (straż tylną załogi), gdy napiera na nich tłum szturmowców (wyposażonych choćby w łuki). Ogień mógłby zagrozić wieży? Kamiennej? Rzucasz pochodnię na siano lub chrust pod wieżą (schody często nasączano częściowo smołą przed atakiem wroga) i uciekasz ile sił w nogach za bezpieczne mury, a płonące szybko schody to już problem napastnika. Jest to proste rozwiązanie praktyczne, a nie barwna opowieść przewodnika. To mówi historyk wojskowości, zgłębiający m.in. wojskowość husycką...

      "Kiedy jednak zamek osadzony był przez zbójników, którzy traktowali go jako kryjówkę, zmieniając czasami swe położenie, mając mniejsze szanse na odparcie ataku niż armia królewska lub książęca, wtedy raczej stale korzystali oni z drabin i innych improwizowanych rozwiązań."
      To przypuszczenie czy wiedza poparta źródłowo? W analizowanych przeze mnie przypadkach (źródła na ogół są skąpe w tego typu szczegóły) rycerze-rabusie lokowali się w zamkach co najmniej już częściowo wcześniej zniszczonych (najczęściej w toku walk podczas wojen husyckich, ale czasem też w takich, z których wcześniej wykurzono już ich kamratów-poprzedników). Warunki lokalowe były, ogólnie rzecz biorąc słabe, i improwizowano rozwiązania mieszkalne. Trzeba było sporego hartu, by dłużej mieszkać w takich ruinach (zwłaszcza w porze późnojesienno-zimowej). Czy wieże nadawały się do tego typu przedsięwzięć? Wątpię. Stąd pewnie dysponowano drabinami, ale raczej unikano wystawiania ich na widok publiczny. Siedziby RR (Raubritter) miały wyglądać na opuszczone (--> Dol Guldur z "Hobbita" ;) ).

      " Podobnie było w wielu strażnicach na Jurze, które zostały wybudowane na szczytach ostańców skalnych. Proszę zapoznać się choćby ze strażnicą w Przewodziszowicach."
      Poproszę o przykład jednego sudeckiego zamku zbudowanego na dolomitach lub wapieniach, tak jak te jurajskie.

      Usuń
    3. "...wieże wolnostojące. Określa się je mianem stołp".
      Tak, użyłem nawet tej nazwy w tekście ;)

      "nikt by się nie bawił w drabiny, ponieważ gdy nagle cała załoga (czasem niewielka, czasem większa) musiała się doń ewakuować, 80% składu by nie zdążyło tego uczynić po drabinie"
      Jak w takim razie wytłumaczysz fakt, że niektóre zamki korzystały nawet ze znacznie mniej przepustowych sposobów ewakuacji do wnętrza wież obronnych, niż wspomniane przeze mnie drabiny? Mówię o kołowrotach, na których wciągało się ludzi, sprzęt i zapasy do wejścia umieszczonego na sporej wysokości? :) Przed wynalezieniem artylerii mury obronne nie padały od razu pod naporem najeźdźców, więc doświadczony dowódca potrafił zwykle w porę wycofać bezpiecznie swoją załogę do stołpu, nawet przy użyciu kołowrotu, a co dopiero drabin...

      "Opowieści o rąbaniu toporami schodów są doprawdy barwne, ale proszę wyobrazić sobie rąbanie schodów o wysokości 4 metrów przez kilku straceńców"
      Jak dawno trzymałeś siekierę w rękach? :) Aby schody uczynić niezdatnymi do użytku wystarczy przerąbać ich policzki (boczne deski) - każdą przynajmniej w jednym miejscu, co dla rosłego chłopa wprawionego w machaniu toporem zajmuje dosłownie chwilę. Schody zrobione są z desek. Zobacz więc jak mężczyźni przerąbują PNIE DRZEW w 13 sekund: https://www.youtube.com/watch?v=9Z21xymLUho :)

      "schody często nasączano częściowo smołą przed atakiem wroga"
      Nie twierdzę, że tak się nie zdarzało, jednak słyszałem raczej o stosowaniu takiego rozwiązania w przypadku mostów prowadzących na zamek.

      "Ogień mógłby zagrozić wieży? Kamiennej?"
      Oczywiście, że tak! Jeśli pożar był długi i silny, wtedy zaprawa spajająca mury sypała się jak piasek i mury zamkowe pękały. Przykład z pamięci - pożar zamku Lipowiec z 1800 roku. Załóżmy jednak, że nie był to tak silny pożar. Wtedy nadal zagrażał on pomniejszym budynkom w obrębie zamku górnego (często drewnianym) i ich dachom a następnie wnętrzom. Z tego co wiem, na zamkach ograniczano użycie ognia do niezbędnego minimum i zawsze był on pod stałą kontrolą. Wystarczy spojrzeć ile zamków zostało strawionych przez pożary - to one najczęściej pogrążały je w ruinach a nie zdobywcy. Dlatego szczerze wątpię, żeby obrońcy świadomie wzniecali pożar (a co najmniej stwarzali spore ryzyko jego wybuchu) w obrębie zamku górnego, na którym planowali się właśnie bronić...

      Usuń
  4. "Jak w takim razie wytłumaczysz fakt, że niektóre zamki korzystały nawet ze znacznie mniej przepustowych sposobów ewakuacji do wnętrza wież obronnych, niż wspomniane przeze mnie drabiny? Mówię o kołowrotach, na których wciągało się ludzi, sprzęt i zapasy do wejścia umieszczonego na sporej wysokości? :) Przed wynalezieniem artylerii mury obronne nie padały od razu pod naporem najeźdźców, więc doświadczony dowódca potrafił zwykle w porę wycofać bezpiecznie swoją załogę do stołpu, nawet przy użyciu kołowrotu, a co dopiero drabin..."
    Wytłumaczę go tak, że - jak sam zauważyłeś - tylko NIEKTÓRE zamki posiadały wspomniane urządzenie, a zależało to częściowo od lokalnej specyfiki (np. wielkość załogi). W czasach, o których mówimy (panowanie ostatnich książąt świdnicko-jaworskich, a po wymarciu tej linii -w XV w.) powszechnie już stosowano czarny proch (1. poł. XIV w.), odlewano działa (2.poł. XIV w.) oraz stosowano działa podczas oblężeń i szturmów (celowali w tym husyci). Choć początkowo artyleria bywała mniej lub co najwyżej tak samo skuteczna jak tradycyjne machiny oblężnicze (starożytne balisty i katapulty), z czasem jej znaczenie rosło (--> działo Urbana pod Konstantynopolem 1453). Proch użyto prawdopodobnie do wysadzenia w powietrze wieży zamku Rogowiec (nie wiadomo, czy po zdobyciu w celu zdemolowania tej konstrukcji, czy też podczas oblężenia).
    Obliczanie liczebności załogi poszczególnych zamków (np. Nowy Dwór, Radosno i Rogowiec) w ogóle jest wróżeniem z fusów. Np. dla wczesnego średniowiecza (Polska pierwszych Piastów) przyjmuje się, że w trakcie walk na 3 m wału grodowego musiał przypadać jeden woj. Nikt nie wie, ilu ludzi broniło zamków typu Radosno podczas walk z husytami. Trudno też stwierdzić, czemu niektóre zamki "boży wojownicy" zdobyli z marszu, a czemu niektóre oparły im się skutecznie. Może szybciej zdobyli te z drabinami przy stołpie? :P Wyszkolenie załogi zamku też odgrywało ważną rolę podczas ewentualnej ewakuacji. Dobrze wyszkolona załoga potrafiła nie tylko skutecznie bronić zamku przeciwko znacznie silniejszemu przeciwnikowi, ale nawet wychodzić w pole i tłuc się skutecznie w mniej sprzyjających warunkach (sztandarowy przykład - w 1431 r. połączone załogi zamków Świecie, Czocha i Gryf skutecznie obroniły przed husytami miasto Mirsk na Pogórzu Izerskim, pomimo iż miasto to nie posiadało w ogóle murów obronnych!).

    "Jak dawno trzymałeś siekierę w rękach? :) Aby schody uczynić niezdatnymi do użytku wystarczy przerąbać ich policzki (boczne deski) - każdą przynajmniej w jednym miejscu, co dla rosłego chłopa wprawionego w machaniu toporem zajmuje dosłownie chwilę. Schody zrobione są z desek. Zobacz więc jak mężczyźni przerąbują PNIE DRZEW w 13 sekund: https://www.youtube.com/watch?v=9Z21xymLUho :)"
    Obejrzałem - i mnie to nie przekonuje. Zawody sportowe to nie to samo, co środek realnej walki. Tam masz czasem 3 sekundy, żeby uratować własne życie i przy okazji nie narazić reszty na zgubę. Szybkość ataku zawsze była kluczowa przy szturmach. Człowiek nie działa racjonalnie, gdy ucieka przed kimś czując jego oddech na karku...

    Jeśli siedzisz w stołpie, to znaczy że wszędzie dookoła jest już nieprzyjaciel. Gdy więc z dymem pójdzie będący obok budynek mieszkalny - tym lepiej. Nie posłuży wrogowi (jako osłona, kwatera etc.). Przepraszam, ale sądzisz, że schody paliły się godzinę? Nie wspominając już o takim szczególe, że temperatura spalania drewna zależy od materiału, tj. z jakiego drzewa zostały wykonane deski? Już widzę jak stołpy rozsypują się od takiego ogniska. Osmalone mury i tyle...

    Zamki paliły się z wielu różnych przyczyn - nierozważne użycie ognia było tylko jedną z nich (wspomniany karkonoski Chojnik spłonął od uderzenia pioruna - 31 sierpnia 1675 r.). Na zamkach były kuchnie i ludzie jedli potrawy na ciepło, zatem używanie ognia nie było na zamku wydarzeniem roku, tylko codzienną praktyką. Kominki i inne formy ogrzewania (może nie w Sudetach, ale np. w Malborku stosowano hypokaustum) były w użyciu.

    To jak z tymi dolnośląskimi zamkami na ostańcach?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. „tylko NIEKTÓRE zamki posiadały wspomniane urządzenie, a zależało to częściowo od lokalnej specyfiki (np. wielkość załogi)”
      Korzystano z nich nawet w dużych zamkach mieszczących sporą załogę. Przykład? Zamek w Olsztynie k. Częstochowy.

      „Na zamkach były kuchnie i ludzie jedli potrawy na ciepło, zatem używanie ognia nie było na zamku wydarzeniem roku”
      Oczywiście, ale jest to właśnie częścią owego niezbędnego minimum a ogień znajduje się wtedy pod kontrolą.

      „Obejrzałem - i mnie to nie przekonuje.”
      Nie musi. Nie mam zamiaru Cię do niczego przekonywać ;)

      „To jak z tymi dolnośląskimi zamkami na ostańcach?"
      Nie wspominałem o takich :P

      Pozdrawiam!

      Usuń
  5. Tak naprawdę chyba każdy z nas usiłuje przekonać drugiego, że to on ma rację, czyli że oponent trwa w błędnym mniemaniu :D :P

    Sprawa kołowrotów
    "Korzystano z nich nawet w dużych zamkach mieszczących sporą załogę. Przykład? Zamek w Olsztynie k. Częstochowy."
    Te nasze rozważania przypominają mi "podhistoryzowane" zadanie z fizyki dla gimnazjalistów, jakie kiedyś widziałem w internecie
    https://brainly.pl/zadanie/7966023
    ;)
    Nie chodzi bowiem o to, czy kołowrót był na zamku w Olsztynie, a hypokaustum w Malborku, a o zamki (czy raczej zamek) i to konkretne(-y), opisane na Twoim blogu a zlokalizowane na terenie dawnego woj. wałbrzyskiego. Z braku danych można jedynie snuć hipotezy o schodach, drabinach czy kołowrotach, przy czym schody jako wariant typowy są na pewno bardziej prawdopodobne. Przy okazji - kwestii analogii do Jury. Z całym szacunkiem do tego uroczego skądinąd zakątka Polski - jeśli ktokolwiek czymkolwiek mógł się inspirować, to prędzej strzałka diagramu wiedzie z Dolnego Śląska na Jurę, nie na odwrót. Dolny Śląsk był dużo silniej wciągnięty w orbitę wpływów Zachodu niż jakikolwiek inny rejon współczesnej Polski, co dotyczy także tzw. transferu technologii. Zjawisko to datuje się co najmniej od pocz. XIII w. (początek kolonizacji na prawie niemieckim za Henryka I Brodatego), a skutkowało m.in. rozwojem gospodarczym na niespotykaną gdzie indziej w Polsce skalę. W związku z tym także technologie militarne docierały tu szybciej niż do innych rejonów Korony. Pamiętajmy, że - jak sam to (i słusznie!) podkreślasz, księstwo ś.-j. było ostatnim, które włączono na D.Śląsku w obręb Czech (1392), a Bolko II Surowy był wiernym partnerem i sojusznikiem króla Kazimierza Wlk., a to właśnie bohater z "pięćdziesiątki" (banknot 50-zł :-)) jest powszechnie kojarzony z powstaniem "Orlich Gniazd" na Jurze (nie do końca słusznie, bo część zamków na Jurze powstała przed jego panowaniem). Pamiętajmy o wojnie Kazika z Cześkami o Śląsk (1345-1348), podczas której część zbudowanych już sudeckich "Orlich Gniazd" przeszła pewnie chrzest bojowy (albo przynajmniej wprowadzono tam, jak to się w wojsku mawia, "pogotowie bojowe"). To zawsze stymulująco wpływa na wprowadzanie nowinek technicznych. Tylko, że wiemy niewiele lub nic na ten temat w przypadku konkretnych zamków sudeckich.

    "„To jak z tymi dolnośląskimi zamkami na ostańcach?"
    Nie wspominałem o takich :P"
    Naprawdę? Cytat: "Podobnie było w wielu strażnicach na Jurze, które zostały wybudowane na szczytach ostańców skalnych. Proszę zapoznać się choćby ze strażnicą w Przewodziszowicach."

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. „Tak naprawdę chyba każdy z nas usiłuje przekonać drugiego, że to on ma rację, czyli że oponent trwa w błędnym mniemaniu :D :P”
      Poważnie? To Tobą kieruje? :P Ja po prostu odpowiadam na Twoje komentarze :) Ba… już w pierwszej odpowiedzi przyznaję Ci rację pisząc, że „kiedy na zamku stacjonowała stała załoga będąca przedstawicielstwem trwałej władzy zwierzchniej, wtedy faktycznie mogły być to schody”. Później natomiast jedynie daję Ci przykłady zamków, na których ze schodów nie korzystano a uciekano się do mniej przepustowych rozwiązań.

      „jeśli ktokolwiek czymkolwiek mógł się inspirować, to prędzej strzałka diagramu wiedzie z Dolnego Śląska na Jurę, nie na odwrót. Dolny Śląsk był dużo silniej wciągnięty w orbitę wpływów Zachodu niż jakikolwiek inny rejon współczesnej Polski, co dotyczy także tzw. transferu technologii.”
      Przecież ja ani słowem nie napisałem, że ktoś się tutaj kimś inspirował – po prostu dałem przykłady rozwiązań, którym odmawiasz racji bytu lub sensu ich zastosowań. A to, że stosowane są na zamkach Polski czerpiącej przykład z oświeconego Zachodu, może sugerować, że takie rozwiązania były spotykane nawet częściej ;)

      Ty: "„To jak z tymi dolnośląskimi zamkami na ostańcach?"
      Ja: Nie wspominałem o takich :P"
      Ty: „Naprawdę? Cytat: "Podobnie było w wielu strażnicach na Jurze, które zostały wybudowane na szczytach ostańców skalnych. Proszę zapoznać się choćby ze strażnicą w Przewodziszowicach."

      Naprawdę – strażnica w Przewodziszowicach bynajmniej nie jest „dolnośląskim zamkiem na ostańcu” :) Nie znam przy tym żadnych dolnośląskich zamków tak posadowionych. Nie jest to jednak tutaj specjalnie istotne. Spieranie się o to czy w Radośnie stosowano schody, czy drabiny jest bowiem, jak sam to słusznie zauważyłeś, bez sensu, gdyż nie ma dowodów na poparcie ani jednej, ani drugiej HIPOTEZY. Być może w artykule zabrakło podkreślenia, iż stosowanie drabin w tym przypadku jest tylko przypuszczeniem (BO MOGŁY BYĆ TO RÓWNIE DOBRZE SCHODY), jednak nie można zaprzeczyć stosowania drabin i kołowrotów (które nie są tak przepustowe, jak schody) na wielu innych obiektach średniowiecznej architektury obronnej. Myślę więc, że dyskusję możemy uznać za zakończoną ;)

      Usuń
    2. No to my se pogadali - jak Wanda z Niemcem, którego nie chciała :-)

      Kończąc wątek schodów i drabin w zamkach średniowiecznych na terenie Polski (na Dolnym Śląsku , na Jurze i wszędzie indziej) pragnę podkreślić, iż zaawansowana drabinowa technologia stała jednak w hierarchii niżej od prostych, lecz bardziej praktycznych i łatwiejszych w obsłudze schodów, które (choć droższe od drabin) były powszechne w zamkach na Zachodzie (czytałem o tym w książce! :D), a to z terenu Niemiec (czy - poprawniej - Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego) na wschód wędrowały wraz z napływową ludnością (kolonizacja za Henryków Śląskich) tego typu nowinki. Nie tylko zresztą militarne. Pewnie wiesz, co (czy raczej - kogo) mieli przenieść w Sudety górnicy z Harzu? ;)

      PS Zamek Podskale (w pobliżu wsi Rząsiny, pow. lwówecki) jest malowniczy posadowiony na ostańcu, tyle że bazaltowym ;)

      Usuń
    3. " zaawansowana drabinowa technologia stała jednak w hierarchii niżej od prostych, lecz bardziej praktycznych i łatwiejszych w obsłudze schodów"
      Też wolę chodzić po schodach niż po drabinach ;)

      "Pewnie wiesz, co (czy raczej - kogo) mieli przenieść w Sudety górnicy z Harzu? ;)"
      No ba! Nawet piszę co nieco na ten temat w najnowszym artykule: http://www.wktoregory.pl/2018/03/gory-ryfejskie-i-starozytne-korzenie-ducha-gor.html :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Nowe komentarze będą widoczne po zatwierdzeniu.

Miłośnikom Historii polecam Historykon.pl

oraz HISTORIA.org.pl

"To ryzykowna sprawa wychodzić z domu za próg. Uważaj na nogi, bo nie wiadomo, dokąd Cię poniosą."
J.R.R. Tolkien

Patroni medialni bloga:

Historykon.pl Historia.org.pl Polska Organizacja Turystyczna