Jak nie dać się zabić ośnieżonym Tatrom?

W Tatrach zdarza się wiele wypadków. Zdecydowanie zbyt wiele! Czasami są to nieszczęśliwe zrządzenia losu, jednak bardzo często mamy do czynienia ze zwykłym brakiem wyobraźni u niektórych turystów wyruszających na szlaki.  Dokładnie tydzień temu, w ciągu jednego dnia miały miejsca dwa poważne wydarzenia, z których jedno miało tragiczny finał. Postanowiłem przez to napisać ten artykuł. Wiem, że nie uda mi się zapobiec wszystkim wypadkom, aczkolwiek liczę, że może choć jedna potencjalna ofiara gór pozostanie dzięki niemu żywa lub nie narazi się na śmiertelne niebezpieczeństwo.


Zadaniem tego tekstu nie będzie całościowe podejście do tematu bezpieczeństwa w górach. Nie jest to poradnik, w którym wymienię wszelkie zagrożenia, przyczyny wypadków oraz rodzaje i klasyfikacje sprzętów potrzebnych, by ich uniknąć. Nie znajdziecie tu technik przetrwania w trudnych, około-wypadkowych sytuacjach ani sposobów wzywania pomocy. Celem tekstu jest jedynie wyczulenie odbiorcy na realne ryzyko, które wiąże się z wejściem na ośnieżone szlaki oraz zasugerowanie bezpieczniejszego sposobu na czerpanie radości z zimy w Tatrach, niż atakowanie od razu grani Orlej Perci. Wydaje mi się to konieczne, ponieważ słysząc o licznych, zupełnie niepotrzebnych wypadkach, odnoszę często wrażenie, że mnóstwo ludzi niestety lekceważy aspekt bezpieczeństwa w turystyce górskiej i nie odczuwa przed majestatem gór żadnego respektu. Tymczasem potrzebna w nich jest pokora, gdyż buta i arogancja może łatwo zawieść do grobu.

WYPADKI

Według statystyk najwięcej wypadków w Tatrach ma miejsce w miesiącach wakacyjnych. Spowodowane jest to zapewne wzmożonym ruchem turystycznym. Nieco później plasuje się wrzesień, czerwiec oraz maj, jako pozostałe ciepłe miesiące, w których liczba osób wchodzących na szlaki wysokogórskie jest znacznie większa, niż w miesiącach zimnych. Poniżej przedstawiam wykres, na którym zobrazowano sumaryczną ilość wypadków w konkretnych miesiącach w latach 2003-2010.

źródło: gazetakrakowska.pl

Z tabeli tej wyraźnie wynika, że po ciepłym sezonie turystycznym od maja do września, miesiącem o największej ilości wypadków jest październik. Nie grudzień, styczeń czy luty - najsroższe miesiące w roku, lecz właśnie październik... Nie jest to żaden przypadek. Miesiąc ten jest bowiem bardzo zdradliwy, jeśli chodzi o warunki pogodowe. Szczególnie widoczne jest to w górach, gdzie pogoda potrafi zmieniać się z chwili na chwilę a każde kolejne piętro roślinności przedstawia wtedy inną porę roku. Najłatwiej zauważyć to początkiem października (choć tyczy się to również końcówki września), kiedy na nizinach panuje piękna, ciągle niemal letnia pogoda, a wysokie partie gór zdążyły już na dobre zaznajomić się z zimą. Przypomnę, że w tym roku zima zaatakowała Tatry pod koniec września.

A jak przywitał nas tam październik? Poniedziałek... drugi października... Ojciec zabiera 11 letnią córkę na ORLĄ PERĆ! Nie posiadają ze sobą raków ani innego sprzętu potrzebnego do chodzenia po śniegu i lodzie. Całe szczęście, że ojciec w pewnym momencie opamiętał się i zadzwonił po TOPR, nie widząc możliwości bezpiecznego powrotu w zimowych warunkach, jakie panowały na tej wysokości. W rezultacie TOPR zabiera przerażoną dziewczynkę i jej ojca z północnych ścian Zamarłej Turni (źródło).

Mało? Tego samego dnia 23-letni młodzieniec wybiera się również na Orlą Perć, jednak w POJEDYNKĘ! Z grani publikuje zdjęcie na Facebooku, po czym słuch po nim ginie. W wyniku interwencji zaniepokojonej babci, która pozostała na czas eskapady wnuczka w pensjonacie, rozpoczyna się akcja poszukiwawcza. 23-latek nie miał niestety tyle szczęścia, co ojciec i jego córka, którzy najprawdopodobniej widzieli go tego dnia na szlaku. W drugim dniu poszukiwań ratownicy odnaleźli ciało chłopaka w Koziej Dolince u wylotu Żlebu Kulczyńskiego. Najprawdopodobniej spadł z dużej wysokości podczas schodzenia z Orlej Perci. Rzecz jasna, niestety nie przeżył (źródło).

GŁÓWNE PRZYCZYNY

Zapytacie być może, dlaczego akurat październik jest tak zdradliwy? Dlaczego nie marzec czy kwiecień, kiedy na nizinach również jest ciepło a wysoko w górach ciągle panuje zima? Otóż we wczesnych miesiącach wiosennych, w górach nadal zalega gruba i stabilna pokrywa śnieżna, która dodatkowo utwardzana jest powierzchniowo przez zamarzający w nocy, lekko nadtopiony w ciągu dnia śnieg. Poruszanie się po niej w rakach jest zazwyczaj bezpieczne (w samych butach mogłoby doprowadzić do częstych poślizgnięć). Zwróćcie uwagę, że na przedstawionym powyżej wykresie marzec ma najmniejszą ilość wypadków. Niebezpieczeństwo wzrasta znacząco dopiero wraz z nastaniem roztopów, które w wyższych partiach gór mają miejsce najczęściej w maju.

Natomiast w październiku, świeżo utworzona pokrywa śnieżna jest jeszcze cienka i mocno niestabilna a często występujące oblodzenia mające miejsce na nasłonecznionych zboczach powodują, że pokrywa ta jest jeszcze bardziej krucha i podatna na pękanie oraz osuwanie się spod stóp. Poruszanie się po takiej nawierzchni nawet w rakach może stanowić niebezpieczeństwo, nie wspominając o chodzeniu po niej w samym obuwiu, niezależnie od tego jak profesjonalnym.

Jeśli chodzi z kolei o miesiące zimowe, to nie sądzę, aby poruszanie kwestii amatorskiej turystyki wysokogórskiej w tym okresie miało w ogóle jakikolwiek sens. Nawet jeśli na wykresie z początku artykułu nie widać wtedy wzmożonej ilości wypadków, to spowodowane jest to jedynie tym, że na szlaki wychodzi wtedy mało ludzi. Śmierć zbiera jednak wtedy stosunkowo obfite żniwo, ponieważ warunki panujące na szlakach są naprawdę bardzo trudne i niejednokrotnie nawet profesjonaliści nie są w stanie im sprostać.

NAJPROSTSZE ROZWIĄZANIE

Ze względu na powyższe, apeluję do wszystkich osób, które chcą zaznać tatrzańskich wędrówek w zimowych warunkach: jeśli nie jesteście doświadczonymi alpinistami, którzy mają obycie zarówno z poruszaniem się w ośnieżonym i oblodzonym terenie wysokogórskim, jak i ze sprzętem do tego potrzebnym, nie wchodźcie na szlaki powyżej schronisk, jeżeli spadł już śnieg! Jeśli jednak jesteście przekonani (a nie jedynie przypuszczacie), że dacie sobie radę i jesteście w stanie bezpiecznie wrócić ze szlaku, wybierzcie w tym celu wędrówkę wczesnowiosenną a nie jesienną lub zimową. Zróbcie to jednak tylko pod warunkiem, że nie wybieracie się na szlak sami oraz posiadacie odpowiednie wyposażenie (odzież, obuwie, raki, czekan). Sprawdźcie przy tym obowiązkowo aktualne komunikaty lawinowe TOPR i stosujcie się do nich (amatorom nie jest wskazane wchodzenie na szlaki od drugiego stopnia wzwyż). Ponadto, upewnijcie się, że na planowany czas wyjazdu zapowiadana jest dobra, stabilna pogoda. No i ostatnia, lecz nie najmniej ważna kwestia... wybierając się w ośnieżone Tatry rozważcie odpowiednio miejsce, które będzie celem Waszej wędrówki. Unikajcie najbardziej niebezpiecznych szlaków! W polskich Tatrach należą do nich:
  • Orla Perć i szlaki dojściowe, szczególnie na Granaty i Kozią Przełęcz, 
  • Giewont i szlaki dojściowe, 
  • Rysy, 
  • wejście na Przełęcz Zawrat z Hali Gąsienicowej,
  • Świnica i szlaki dojściowe.
Nie liczcie na łut szczęścia, jaki przydarzył się nierozważnemu ojcu i jego 11 letniej córce. Istnieje bowiem duże ryzyko, że skończycie podobnie, jak wspomniany wyżej, nieszczęsny 23-latek. Ofiar tego rodzaju jest znacznie więcej i raczej nikt nie chciałby do nich dołączyć jedynie przez nierozważność, brawurę czy brak wyobraźni. Odpowiadając zatem w dużym skrócie na zadane w tytule artykułu pytanie: "Jak nie dać się zabić ośnieżonym Tatrom?", można rzec: "Nie ułatwiając im tego głupimi i brzemiennymi w tragiczne konsekwencje decyzjami!" Miejcie więc na uwadze powagę zagrożenia jakie niosą ze sobą piękne i majestatycznie ośnieżone Tatry za każdym razem, kiedy planujecie wyruszyć na szlak.

ALTERNATYWA?

Gdzie w takim razie w Tatrach jest stosunkowo bezpiecznie, kiedy na szlakach zalega śnieg i lód? Przede wszystkim trzeba zaznaczyć, że w górach nie ma miejsc w pełni bezpiecznych, szczególnie w zimowych warunkach. Jestem jednak zdania, że po polskiej stronie granicy najbezpieczniejszym miejscem na śnieżne wędrówki, są Tatry Zachodnie. Szczyty są tam bardziej kopulaste niż w Tatrach Wysokich a na graniach jest znacznie mniej ekspozycji, przez co nawet w sytuacji, w której dojdzie do poślizgnięcia oraz upadku, istnieje dużo mniejsze prawdopodobieństwo wystąpienia poważnego zagrożenia życia. Mowa oczywiście o okresach, w których pokrywa śnieżna jest stabilna i panuje dobra, pewna pogoda a wędrowiec wyposażony jest co najmniej w raki. Nie należy jednak generalizować, gdyż i tutaj znajdą się szczyty ze sporymi ekspozycjami i stromiznami, jak chociażby wspomniany wcześniej Giewont. W Tatrach Zachodnich uważać również należy na tworzące się często na graniach nawisy śnieżne, które potrafią zarwać się pod ludzkim ciężarem, opadając w dół w postaci lawiny wraz z osobą, która ją wywołała. Aby do tego nie doszło, nie należy po prostu zbliżać się zbytnio do krawędzi grani, gdyż nawisy nie są dostrzegalne z góry.

Zaprezentuję Wam teraz ciekawą i względnie bezpieczną trasę w Tatrach Zachodnich, którą przeszedłem z kolegą pod koniec marca 2015 roku. Na nizinach rozpoczynała się już wiosna, w Dolinie Chochołowskiej pojawiały się pierwsze krokusy a jednak wysoko w górach nadal królowała zima.

Cała trasa ma łączną długość 31 km. Najlepiej rozbić jest ją na trzy dni wędrówki, z czego pierwszy i ostatni dzień, to zaledwie 7,5 km dojście z parkingu do schroniska w Dolinie Chochołowskiej oraz powrót tą samą drogą. Zasadnicza część trasy, czyli pętla prowadząca przez szczyty otaczające Dolinę Chochołowską, ma długość 16,5 km a na jej przejście należy zarezerwować minimum 9 godzin. Po drodze można ją oczywiście skrócić, jeśli ktoś uzna to za konieczne (link do trasy).

W dniu, w którym przyjechaliśmy na miejsce, pogoda nie była najciekawsza.


Było duże zachmurzenie a widoczność była mocno ograniczona.


Na zdjęciach widoczne są bacówki na Polanie Chochołowskiej.


Na szczęście zgodnie z prognozami, które zapowiadały szybką i diametralną zmianę pogody, kolejnego dnia mogliśmy cieszyć się już wspaniałymi widokami przy bezchmurnym niebie.


Pojedyncze obłoki otaczały rankiem jedynie najwyższe szczyty ale i one miały zniknąć w przeciągu kilku godzin.


Tu widok na Wołowiec i Rakoń - dwa z ośmiu szczytów, na które wejdziemy tego dnia.


Widok sprzed Schroniska PTTK na Polanie Chochołowskiej. Przede mną Kominiarski Wierch.


Przed wejściem w wyższe partie gór postanawiamy obejść Polanę Chochołowską.


Widok ze schroniskiem na pierwszym planie.


Pod drzewami śnieg zaczął już w wielu miejscach zanikać, ustępując pola pierwszym oznakom wiosny.


Piękne krokusy, zrazu nieliczne, niedługo utworzą wokół barwny dywan, z którego słynie Polana Chochołowska.


Na polanie znajduje się malowniczo położony kościółek zwany Kaplicą św. Jana Chrzciciela.


Można go dostrzec także z dna doliny, na skraju lasu.


Naprawdę piękna jest to polana i wyjątkowe są z niej widoki.


Z czasem jednak wzrok coraz częściej ucieka w górę, ku skałom i szczytom, niepowstrzymanie ciągnąc za sobą nasze stopy.


Po niecałej godzinie podejścia wychodzimy ponad linię lasu. Jednym z pierwszym szczytów, które zauważamy, jest Bobrowiec. Kiedyś prowadził na niego szlak, jednak później został on zlikwidowany a od 1980 roku na terenie góry utworzono rezerwat ścisły o powierzchni ponad 190 hektarów.


Na prawo od Bobrowca widać Kominiarski Wierch a za nim szczyty Czerwonych Wierchów. 


Widok od Kominiarskiego Wierchu przez Ornak i wystającą w tyle Kamienistą, po Starorobociański Wierch.


Główną granią opadającą w lewo, będziemy kończyć dzisiejszą wędrówkę. 
Znajdują się na niej kolejno od prawej: Jarząbczy Wierch, Kończysty Wierch, Czubik i Trzydniowiański Wierch.


Tymczasem przed nami końcówka podejścia na pierwszy szczyt na trasie: Grześ.


Po drodze mamy widoki na słowacką górę Osobitá. Na prawo od niej, w oddali wznosi się Królowa Beskidów...


...czyli Babia Góra.


Jeszcze przed osiągnięciem szczytu otwiera się przed nami przepiękny widok na Tatry Zachodnie.


Krzyż na szczycie Grzesia.


Przez większość z widocznych tu szczytów będziemy jeszcze dzisiaj przechodzić.


Tu z kolei widoczne są słowackie Tatry Zachodnie.


Przed nami szlak przez Rakoń na Wołowiec. Pora w dalszą drogę!


Po lewej góruje Starorobociański Wierch, za nim widoczny jest Błyszcz, tuż przed nim słabo zarysowany Kończysty Wierch. 
Po prawej sterczy ku niebu Jarzabczy Wierch. Za nim wznosi się słowacka Jakubiná.


Tu z kolei widok na Łopatę i Wołowiec...


...a tutaj na Wołowiec i Rakoń a za nimi linię słowackich Tatr Zachodnich.


Pod Rakoniem roztacza się świetny widok na Wołowiec i Łopatę oraz na znajdującą się poniżej kotlinę.


W miejscu tym wiatr wyrzeźbił fantazyjne kształty w śniegu.


Tylko natura potrafi osiągnąć taki stopień uporządkowania w wyniku w pełni chaotycznych procesów.


Tu też rzeźby przyrody a w tle Osobitá i Babia Góra. Na horyzoncie po lewej majaczy również szczyt Pilska.


Na Rakoniu po raz pierwszy ukazują nam się w całej swej okazałości słowackie Rohacze. Są to wymagające szczyty, zdecydowanie nieodpowiednie na amatorskie, śnieżne wędrówki. Na lewo od nich widać Wołowiec, na który zmierzamy.


Ponownie Osobitá z Babią Górą w tle, która wyłania się sponad linii smogu.


Za Rakoniem nawiany śnieg utworzył ostrą krawędź na grani. Po prawej widoczny jest Rohacz Ostry. Jeśli ktoś stwierdzi, że dotychczasowa trasa dała mu się już wystarczająco we znaki, to właśnie tutaj (i tylko tutaj) będzie miał możliwość skrócenia wędrówki. Zamiast podążać dalej na Wołowiec oraz pozostałe szczyty, można stąd zejść do Doliny Chochołowskiej.


My jednak idziemy dalej. Pod szczytem Wołowca.


Rzut oka za siebie. Widać nawet przedeptaną ścieżkę w dół, w stronę Doliny Chochołowskiej, o której wspominałem.


To z kolei jest już widok z Wołowca na tatrzańskie morze szczytów. Obiektyw skierowany na słowacką część Tatr.
Na horyzoncie po prawej widać fragment Tatr Niżnych.


Tu natomiast prezentuję dach Polski. Widać tu zarówno Tatry Zachodnie, jak i Wysokie.
Szpiczasty szczyt wystający po lewej stronie, to Giewont. Rysy położone są gdzieś pośrodku zdjęcia.


Na tej fotografii widać dobrze grań, którą będziemy wędrować za chwilę. Prowadzi przez nią granica polsko-słowacka. 
Pierwszy szczyt to Łopata. Kolejny, na którym staniemy, to Jarząbczy Wierch (środkowy z trzech widocznych na horyzoncie).


Grań, którą idziemy, jest jednym z dwóch najniebezpieczniejszych odcinków na całej trasie. To właśnie w takich miejscach powstają często nawisy śnieżne, które są niewidoczne z samego szlaku. Osoby, które na takim nawisie zbytnio zbliżą się do krawędzi grani ryzykują, że mogą spaść w dół wraz z lawiną. Szlak poprowadzony jest generalnie blisko krawędzi, ale przy zachowaniu należytej ostrożności, bez zaglądania w dół przepaści, nie ma ryzyka wywołania lawiny.


Schodząc z Wołowca oglądamy się na Rohacze i ich potężny cień.


Na grani pomiędzy Wołowcem a Łopatą bardzo łatwo zauważyć, jak bardzo różnią się południowe stoki gór od północnych. Na tych pierwszych już teraz w wielu miejscach nie ma śniegu, ze względu na duże nasłonecznienie. Z kolei na północnych śnieg uchowa się jeszcze przez dobre dwa miesiące a w zakamarkach może pozostać nawet do lipca.


Widok z Dziurawej Przełęczy na Rohacz Ostry i Wołowiec.


To również zdjęcie z okolic Dziurawej Przełęczy.


Po minięciu Łopaty z Wołowcem w tle.


Przed nami ostatnie spore podejście - na Jarząbczy Wierch.
Później podejść będzie już niewiele i będą raczej krótkie.


Na dwóch poniższych zdjęciach widać dobre porównanie skali wielkości góra-człowiek. Wprawne oko dojrzy mojego kolegę.


Po zbliżeniu na fragment podejścia znacznie łatwiej jest go dostrzec.
 Jest to drugi najbardziej niebezpieczny etap na całej trasie, jednak podobnie jak między Wołowcem a Łopatą, tutaj także wystarczy być ostrożnym aby nie doszło do wypadku.


Po minięciu Niskiej Przełęczy cienie gór znacznie się wydłużają a słońce zaczyna chylić się ku zachodowi.


Tymczasem na szczyt Jarząbczego pozostał jeszcze kawałek.


Widoki spod samego szczytu.


Tam, gdzie jeszcze niedawno docierało słońce, teraz zaczyna zalegać mrok.


W końcu docieramy!


Stamtąd przyszliśmy.


Nie ma czasu na odpoczynek, bo przed nami jeszcze około trzy godziny trasy. Pewne jest, że wrócimy po zmroku.


Kawałek za Jarząbczym Wierchem.


Słońce zachodzi nad Tatrami Zachodnimi.


Kolejny zdobyty szczyt to Kończysty Wierch. Słońce zdążyło już zajść za horyzont.


Teraz ostro do dołu. Przed nami pozostał jeszcze tylko Czubik i Trzydniowiański Wierch.


Dzień dogorywa a my nadal jesteśmy wysoko.


Noc wlewa się między szczyty.


Na Trzydniowiańskim uwieczniam ostatnie barwy zachodu słońca a nad górami Księżyc i Wenus - Gwiazdę Wieczorną.


Dalej było już tylko zejście przez las przy świetle latarek. Do schroniska dotarliśmy po godzinie 20:00.

PODSUMOWANIE

Zaprezentowana powyżej trasa dostarcza mnóstwo wrażeń i sprawia, że po całym dniu spędzonym na ośnieżonych szlakach, przez następne kilka dni będziecie najprawdopodobniej odczuwać jeszcze efekty włożonego w jej przejście wysiłku. Co najważniejsze, trasa ta jest względnie bezpieczna a szlaki są raczej zawsze przetarte. Ważne jest oczywiście, aby zabrać ze sobą odpowiednie obuwie, które zapewni Wam suche stopy, a co za tym idzie, komfort marszu przez cały dzień. Równie istotne jest włożenie do plecaka raków, nawet gdybyście mieli ich nie użyć. Uważam jednak, że są one wskazane co najmniej na kilku podejściach i znacznie zwiększa to bezpieczeństwo wędrówki. Wracając do kwestii poruszonych na początku artykułu, muszę powiedzieć, że trasy tej nie polecałbym na miesiące, w których pokrywa śnieżna zaczyna się dopiero tworzyć. Korzystanie z raków rzadko jest wtedy możliwe (cienka warstwa śniegu i duża ilość kamieni) a chodzenie w samych butach może być niebezpieczne przez występujące w wielu miejscach oblodzenia. Śmiało mogę polecić ją jednak na miesiące wczesnowiosenne. Wiem, że wiele osób pragnie powrócić z gór chwaląc się znacznie większymi wyczynami ale uwierzcie mi, czasem nie warto. W grę może bowiem wchodzić stawka najwyższa, czyli Wasze życie. Dlatego też szlaki uznawane za najbardziej niebezpieczne radzę odwiedzać jedynie w okresach, kiedy pokrywa śnieżna znika z nich już zupełnie, przynajmniej dopóki nie nabierzecie wprawy w poruszaniu się po ośnieżonym, wysokogórskim terenie. Do praktykowania polecam natomiast Beskidy oraz Sudety a jeśli muszą to już być Tatry, to niech to będą Tatry Zachodnie, z pominięciem najtrudniejszych szczytów.

Komentarze

  1. Super trasa! Zazdroszczę oczom co widziały!

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajnie, że poruszyłeś problem bezpieczeństwa w górach. Też uważam, że ludzie gór w ogóle nie szanują jeśli chodzi o ich niebezpieczne możliwości. Bardzo podobnie dzieje się w przypadku burz, które ludzie również olewają i nie widzą w nich żadnego zagrożenia. p.s.: bardzo ładne zdjęcie... pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Nowe komentarze będą widoczne po zatwierdzeniu.

"To ryzykowna sprawa wychodzić z domu za próg. Uważaj na nogi, bo nie wiadomo, dokąd Cię poniosą."
J.R.R. Tolkien

Wspierają mnie:

CQB.PL Ledlenser sklepdlaturysty.pl COMPASS
mountainking.pl frago.pl Varms Knives Sygnatura