Beskid Niski - najdziksze góry w Polsce


Beskid Niski jest obecnie najdzikszym pasmem górskim w Polsce. Nie zawsze jednak tak było. Przez długi czas ziemie te były gęsto zaludnione. W każdej niemal dolinie znajdowały się tętniące życiem wsie. Dziś pozostały jedynie doliny… wyludnione, puste, ciche lecz nadal niezwykle urokliwe. Są one swoistą osobliwością wyróżniającą Beskid Niski spośród innych polskich pasm górskich. Ten, kto mówi, że Bieszczady są dzikie, prawdopodobnie nie był nigdy w Beskidzie Niskim.



Beskid Niski... Nazwa tego pasma trochę mylnie oddaje jego istotę. Co prawda, są to faktycznie niskie góry. Tylko jeden ze szczytów przekracza kilometr wysokości a w dodatku nie znajduje się on na terenie naszego kraju, lecz po słowackiej stronie granicy (góra Busov, 1002 m n.p.m.). Co więcej, to właśnie tutaj znajduje się największe obniżenie w całym łuku Karpat, czyli Przełęcz Dukielska, położona na wysokości 500 m n.p.m. Pamiętać jednak należy, że pomimo niewielkiej wysokości, Beskid Niski jest jednocześnie najdłuższym pasmem górskim w Polsce i najrozleglejszą częścią całych Karpat. Tego jednak nie sposób wywnioskować już z samej nazwy. Być może dlatego góry te znajdują się niejako na marginesie rodzimej turystyki a na ich szlakach rzadko kiedy można spotkać turystów. Biorąc pod uwagę rozległość tych terenów oraz mnogość wytyczonych tam tras turystycznych, bardzo często zdarza się, że przez cały dzień wędrówki nie spotyka się na nich żywego ducha, nawet w okresie wakacyjnym. Ponadto, bogactwo historyczne tych ziem sprawia, iż są one jednymi z najbardziej interesujących gór w kraju. Dlatego też z wielką przyjemnością przedstawię Wam swoją wyprawę przez to najdziksze polskie pasmo górskie. 

Wyprawa ta miała miejsce w 2014 roku, w drugiej połowie lipca. W ciągu dziewięciu dni przeszliśmy wraz z żoną wzdłuż całe pasmo Beskidu Niskiego. Wędrówkę rozpoczęliśmy w Krynicy-Zdrój a zakończyliśmy w Komańczy. Pokonaliśmy wtedy łącznie około 160 km, poruszając się jedynie na własnych nogach. Po drodze nigdzie się nie spieszyliśmy. W jednym miejscu spędziliśmy nawet dwie noce. Nie mieliśmy zamiaru dokonać przejścia w jak najkrótszym czasie. Nie wytyczyliśmy również najkrótszej trasy. Zdecydowaliśmy, że będziemy trzymać się szlaku granicznego, odbijając od niego w wielu miejscach aby zobaczyć różne ciekawe miejsca po drodze. Dzięki temu mogę pokazać Wam sporo zdjęć obrazujących liczne oblicza tego różnorodnego zakątka Polski. Mimo, że przedstawione fotografie mają już ponad trzy lata, w zdecydowanej większości są nadal aktualne. Największym problemem było wybranie fotografii na potrzeby tego artykułu, gdyż podczas wyprawy zrobiłem ich ponad dwa tysiące. Ostatecznie udało mi się jednak wybrać około 170 zdjęć, które w dość kompletny sposób dokumentują tą najdłuższą z moich dotychczasowych pieszych wędrówek, bez zbędnego przedłużania. Własne zdjęcia uzupełniłem dodatkowo fotografiami archiwalnymi, w celu jeszcze lepszego zobrazowania przemian, które dokonały się na tych ziemiach na przełomie ostatniego wieku. Jest to najdłuższy spośród moich dotychczasowych artykułów, więc rozsiądźcie się wygodnie. Dla osób, które będą czytać artykuł w kilku podejściach przygotowałem zakładki odnoszące do poszczególnych dni wędrówki tak, aby zaoszczędzić im scrollowania. Zapraszam do lektury!

Wybierz dzień wędrówki: 123456789.

Dzień 1

Stało się! Nareszcie! Moja stopa po raz pierwszy stanęła na ziemiach Beskidu Niskiego... i już po kilku kilometrach pokonanych na jego szlakach stałem się jednym z wielu miłośników tych gór. Jeszcze w granicach Krynicy-Zdrój, z której rozpoczęliśmy wędrówkę, można odczuć wyjątkowy klimat tego pięknego uzdrowiska. Nie po to jednak opuściliśmy aglomerację, by cieszyć się urokami kolejnego, choćby nie wiem jak wspaniałego miasta! Dlatego szybko opuściliśmy Krynicę i skierowaliśmy swe stopy na leśne trakty. Tuż za miastem rozpościerają się wspaniałe bukowe lasy i aż trudno uwierzyć jak szybko zmienia się okolica - z tętniącego życiem, pełnego kuracjuszy zdrojowiska, w cichy i przez nikogo niemal nie odwiedzany, stary las. Zmiana ta bardzo przypadła nam do gustu ochoczo zagrzewając do marszu, który przez najbliższe dziewięć dni i ponad 150 km w zupełności odmieni nasze postrzeganie polskiej przyrody, historii oraz kultury. O wielu rzeczach można czytać w domowym zaciszu ale dopiero bezpośredni kontakt, namacalne zetknięcie z pewnymi zjawiskami, pozwala uświadomić sobie w pełni niektóre rzeczy. Dlatego też mam nadzieję, że relacja ta będzie dla Was choć drobnym impulsem do odwiedzenia i poznania tych wspaniałych, ciągle mało popularnych terenów.

Pierwszy postój na trasie zrobiliśmy sobie nad rzeką Kamienicą, którą musieliśmy przejść w bród, ponieważ na szlaku nie ma tam (a przynajmniej nie było trzy lata temu) żadnego mostka. Na szczęście rzeka rozlewa się w tym miejscu płytko oraz szeroko, więc z przyjemnością zdjęliśmy buty i schłodziliśmy stopy w zimnej górskiej wodzie. Po przekroczeniu Kamienicy zwróciliśmy uwagę na strome i kamieniste, zachodnie zbocze koryta rzeki. Kamienie te, to doskonale odkryty flisz karpacki, czyli na przemian ułożone warstwy skał osadowych, które przed milionami lat powstały na dnie prehistorycznego Oceanu Tetydy.


Po wypiciu kawy przygotowanej na spirytusowej kuchence turystycznej udaliśmy się dalej w kierunku góry o nazwie Dzielec. Było to pierwsze większe podejście i już na nim wiedziałem, że Beskid Niski okaże się dla mnie prawdziwym objawieniem!


Na dzień dobry udzieliły mi się łagodne kształty terenu, wszechobecna zieleń oraz niesamowita swojskość krajobrazu.


Był to czas świeżo po żniwach i dodatkowego uroku widokom nadawały leżące na polach bale słomy.


Na szczycie Dzielca czekała nas prawdziwa Uczta. Celowo użyłem tu dużej litery, gdyż takiej ilości leśnych malin nigdy wcześniej nie było mi dane ujrzeć na oczy, nie mówiąc już o ich spożyciu! Maliny te były jednak zaledwie przedsmakiem słodyczy, które miały przed nami odsłonić jeszcze te góry.


Po zejściu z Dzielca zdecydowaliśmy się rozbić namiot na Przełęczy Beskid. Wędrówkę rozpoczęliśmy popołudniu, dlatego przeszliśmy tego dnia zaledwie 10 km. Była to jednak bardzo dobra rozgrzewka dla zastanych nóg oraz pleców odzwyczajonych do dźwigania ciężkiego plecaka. Ja na swoje barki przyjąłem zdecydowaną większość wspólnego bagażu. Mój plecak ważył ponad 25 kg, dlatego z wielką przyjemnością zdjąłem go, rozbijając obóz wśród starych buków niedaleko przełęczy. Zalety tej decyzji przyszło mi jednak w pełni docenić dopiero dnia kolejnego...

Dzień 2

Noc minęła względnie przyjemnie mimo, iż nasze ciała nie zdążyły się jeszcze przestawić z miękkiego spania w trybie łóżkowym na twarde odbębnianie nocy na karimatach. Dodatkową atrakcją, która wprowadziła nawet drobny dreszczyk emocji, były szczekające niedaleko w lesie kozły. Chodzi o samce saren... tak... one szczekają, jeśli ktoś nie jest świadom tego faktu. Moja żona nie była  i nigdy nie zapomnę jej reakcji. Ja dobrze wiedziałem co wydaje takie odgłosy, jednak  ona słyszała je po raz pierwszy, dlatego byłem w pełni rozbawiony, kiedy próbowała określić stworzenie, które mogłoby generować takie dźwięki. Początkowo myślała, że to pies, jednak kiedy kozioł się zbliżył, stwierdziła, że to chyba jakaś zmutowana, ogromna żaba! W ten sposób powstał mityczny stwór, którego nie powstydziłby się sam Andrzej Sapkowski przy umieszczaniu go na kartach wiedźmińskiej sagi. Imię tej piekielnej bestii brzmiało frogodog. Całe szczęście nie naszedł naszego siedliska, gdyż nie byliśmy w posiadaniu żadnych amuletów ani tajemnych eliksirów, by stawić mu czoła. Tym samym dalsza część nocy minęła spokojnie. Być może nie byłoby to możliwe, gdybym nie wytłumaczył żonie, że kozły szczekają zazwyczaj wtedy, gdy stwierdzą, że znalazły się w jakimś niebezpieczeństwie i, że najprawdopodobniej nas właśnie uznały za jego źródło, więc nie ma szans aby zbliżyły się do nas bardziej. Rano, po zwinięciu namiotu i zjedzeniu śniadania, frogodogi były już tylko cieniem nocnym strachów, więc z uśmiechem ruszyliśmy w dalszą drogę.

Już po dwóch kilometrach marszu uświadomiłem sobie jak dobrze zrobiliśmy rozbijając się na Przełęczy Beskid. Przed nami wyrosły bowiem strome zbocza Lackowej - najwyższego polskiego wzniesienia Beskidu Niskiego. Mimo, iż góra ta wznosi się jedynie na 997 m n.p.m., to wejście na nią od Przełęczy Beskid może okazać się dla wielu osób nie lada wyzwaniem, nawet bez ciężkiego bagażu na plecach. Podejście na kilku odcinkach jest naprawdę bardzo strome, dlatego cieszyłem się, że z moim 25 kg plecakiem pokonywałem je na początek nowego a nie na koniec poprzedniego dnia wędrówki. Niestety nie zachowało mi się żadne zdjęcie, które wystarczająco dobrze obrazowałoby stromizny Lackowej, jednak zapewniam Was, że jeśli wybierzecie się tam sami, to zrozumiecie, co miałem na myśli. W każdym razie wysiłek, który należy włożyć w zdobycie tej góry jest jak najbardziej godny szczytu, który wchodzi w skład Korony Gór Polskich.


Na szczycie Lackowej znajduje się mogiła nieznanego żołnierza. Dzisiaj ze szczytu nie ma żadnych widoków, gdyż szczyt jest zalesiony, a wzrok przyciąga jedynie tabliczka z nazwą szczytu oraz ten oto skromny krzyż sterczący ku niebu ponad kupką kamieni, świadczący, że ktoś niegdyś zakończył tu żywot.


Góra ta nie zawsze jednak była zalesiona. W ogóle kopuły szczytowe całego Beskidu Niskiego były niegdyś odkryte a to ze względu na gęste zaludnienie tych ziem oraz intensywną gospodarkę rolną oraz wypas zwierząt. Po II wojnie światowej ziemie te uległy wtórnemu zdziczeniu a odsłonięte niegdyś szczyty pozarastały lasem. W czasach konfederatów barskich Lackową nazywano nawet Chorągiewką Pułaskiego ze względu na strategiczne położenie i szeroką panoramę widokową umożliwiającą obserwację okolicznych terenów. Poniżej znajduje się widok z Lackowej na Beskid Niski tuż przed wybuchem II wojny światowej. Zdjęcie zostało umieszczone w informatorze turystycznym "Letniska Beskidu Niskiego Dorzecze Wisłoki" wydanym w 1938 r. Dzisiaj ów widok jest już nieosiągalny.

zdjęcie archiwalne, źródło: fotopolska.eu

Widok na Lackową po zejściu ze szczytu.


Kolejnym celem jest miejscowość Wysowa-Zdrój.


W jej centrum znajduje się prawosławna cerkiew pod wezwaniem św. Michała Archanioła. Położona jest ona na małopolskim Szlaku Architektury Drewnianej. Wybudowano ją w 1779 roku jako świątynię greckokatolicką. Jej polichromie i ornamenty wykonano w latach 1912-13 a jej wyposażenie pochodzi z XVIII i XIX wieku. W 2009 roku przeszła na własność Kościoła Prawosławnego.


W samej Wysowej nie zabawiliśmy zbyt wiele czasu. Po zwiedzeniu cerkwi i zrobieniu małych zakupów, ruszyliśmy w stronę Blechnarki. Na jednym ze wzgórz otaczających tę małą miejscowość, a dokładnie na zboczach góry Wysota, znajduje się bardzo interesujący cmentarz, który za wszelką cenę chciałem odwiedzić. Mowa o cmentarzu wojennym z okresu I wojny światowej, liczącym już sobie ponad sto lat.  Generalnie cmentarze tego typu, których w Beskidzie Niskim jest wiele, zdecydowały o tym, że do przejścia tego pasma górskiego wybraliśmy szlak graniczny z kilkoma odbiciami a nie bardziej popularny Główny Szlak Beskidzki. Na cmentarzach tych spoczywają głównie żołnierze armii rosyjskiej, austro-węgierskiej oraz niemieckiej (choć znajdą się również nazwiska polskie). Armie te toczyły na tych terenach zajadłe boje, z których najbardziej zagorzały to Bitwa pod Gorlicami - jedna z największych bitew stoczonych podczas całej I wojny światowej. Eksperci uważają, że była to przełomowa i największa bitwa na froncie wschodnim. Rozpoczęła się niespodziewanym atakiem wojsk niemieckich i austro-węgierskich w dniu 2.05.1915 r.

Wojska niemieckie po zdobyciu Gorlic.


W ciągu dziesięciu dni zaciętych walk linia frontu została przełamana a Rosja poniosła srogą klęskę, z której nie podniosła się już do końca wojny. Walki pozycyjne toczyły się jednak po bitwie na terenie całego Beskidu Niskiego jeszcze przez około pół roku. Trup ścielił się naprawdę gęsto... po każdej ze stron konfliktu zginęło po około 100 000 żołnierzy (niektóre źródła podają nawet 150 000 zabitych po stronie rosyjskiej)! Po walkach natomiast należało coś zrobić z ciałami... Tym sposobem na terenie Beskidu Niskiego powstało kilka okręgów cmentarnych. W tym artykule prezentuję zdjęcia głównie z pierwszego okręgu, w którym wszystkie 31 cmentarzy zaprojektował słowacki architekt Dusan Jurković. Aby stanowiły one widoczne świadectwo męki żołnierskiej, większość z nich ulokowana została na szczytach gór lub w innych widocznych miejscach. Niestety przez sto lat, które upłynęły od ich zbudowania, Beskid Niski uległ znacznemu zalesieniu, przez co dzisiaj większość z nich otoczona jest lasami i dosłownie wrosła w karpacki krajobraz.

[źródło mapy: beskid-niski-pogorze.pl]

Podczas tej wyprawy odwiedziliśmy z żoną dziesięć takich obiektów. Wywarły na nas naprawdę piorunujące wrażenie! Większość z nich została ostatnimi czasy wyremontowana. Zdjęcia widoczne w tym artykule zrobione zostały jednak jeszcze przed owymi remontami, stąd pełnią poniekąd rolę archiwalną. Refleksja nad wojenną niedolą pozwala zarówno poznać naszą własną historię, jak i docenić dziedzictwo, które po tej historii otrzymaliśmy. Wiekowe żołnierskie groby w niemy sposób przemawiają do nas przypominając, że obecność obcych wojsk na naszych ziemiach rzadko kiedy kończy się dobrze.

Dwujęzyczny drogowskaz z nazwą miejscowości a po prawej znak wskazujący cmentarz wojenny.


W drodze na Wysotę.


Jeden z licznych widoków roztaczających się spod szczytu góry.


Po wejściu w las po chwili odnajdujemy cmentarz wojenny nr 50. Był to najbardziej zaniedbany cmentarz spośród wszystkich, które odwiedziliśmy. Ukryty wśród gęstych i wysokich drzew, nadgryziony znacznie zębem czasu, niemal zapomniany, jednak posiadający swego opiekuna. Na miejscu odnależliśmy księgę gości. We wpisach osób odwiedzających to miejsce co jakiś czas pojawiają się słowa pewnej kobiety, która regularnie wraca do "swoich chłopaków" by zaopiekować się ich mogiłami. 


Ta niepozorna nekropolia wywarła na nas największe wrażenie mimo, że nie jest tak elegancka i spektakularna jak pozostałe. Może nawet właśnie z tego powodu najlepiej oddaje charakter losu zapomnianych, bezimiennych uczestników wielkiej wojny. Pochowano tu 10 żołnierzy austro-węgierskich oraz 50 rosyjskich.


Po chwili zadumy wracamy do Blechnarki, gdzie  w lipcowym skwarze cieszymy się chłodem wód potoku o nazwie Ropa.


Niedaleko znajduje się zabytkowa Cerkiew Świętych Kosmy i Damiana, wybudowana z kamienia rzecznego.


Przy cerkwi umieszczono tablicę upamiętniającą deportacje miejscowej ludności w ramach Akcji „Wisła”.


Korzystając z nadarzającej się okazji postaram się przybliżyć Wam nieco zmiany demograficzne, które na przestrzeni dziejów dokonywały się na terenach Beskidu Niskiego. Jest to niezwykle istotne aby zrozumieć obecny charakter tych ziem. Przez tereny te od najdawniejszych czasów przebiegały trakty handlowe na południe i wschód Europy. Przez długi czas nikt się jednak tu nie osiedlał ze względu na powtarzające się najazdy tatarskie. Dopiero za rządów Kazimierza Wielkiego zaczęto lokować tu miasta i mniejsze miejscowości, które w XV wieku rozwinęły się dodatkowo pod napływem ludności z południowych części Karpat, położonych poniżej linii rzeki Dunaj. Okres ten zwany jest kolonizacją wołoską. Pasterze wołoscy mieszali się na przestrzeni wieków z ludami ruskimi oraz ulegali wpływom polskim i węgierskim, co ostatecznie dało początek nowej grupie etnicznej, zwanej od połowy XIX wieku Łemkami. W dwudziestoleciu międzywojennym miała miejsce tzw. schizma tylawska, w czasie której spora liczba Łemków porzuciła wyznanie greckokatolickie na rzecz prawosławia. Fakt ten został wykorzystany później przez Ukraińską Powstańczą Armię (UPA), która od 1943 roku zaczęła walki z Polakami o ziemie, do których rościła sobie pretensje. UPA traktowała w tym konflikcie Łemków i ludność ukraińską jako bazę zaopatrzenia oraz schronienia, często w sposób przymusowy. Pod koniec II wojny światowej, w wyniku rzezi wołyńskiej, walki jeszcze bardziej się nasiliły. Dlatego też, po zakończeniu działań wojennych, władze PRL oraz ZSRR zawarły umowy o wymianie ludności, na mocy których ludność łemkowska była przewożona z Beskidu Niskiego w głąb Ukrainy a ludność polska była transportowana z utraconych kresów na teren powojennego państwa polskiego. Wywózki te były początkowo dobrowolne, jednak z czasem przybrały charakter przymusowy i obejmowały nawet całe wsie. Nie rozwiązało to jednak do końca problemu UPA, dlatego w 1947 roku władze PRL podjęły decyzję o przeprowadzeniu Akcji „Wisła”. W jej wyniku prawie wszyscy Łemkowie zostali wywiezieni w głąb terytorium Polski, przeważnie na tzw. Ziemie Odzyskane na zachodzie kraju.

Akcja "Wisła"

Bezpośrednim pretekstem do przeprowadzenia tej operacji była potrzeba rozwiązania problemu ukraińskiej partyzantki, która po postacią band Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), terroryzowała miejscową ludność polską, paliła mosty, niszczyła tory, wiadukty, linie telefoniczne i inne elementy infrastruktury, które pozwalały na polskie osadnictwo na tych terenach oraz późniejsze wysiedlenia ludności rusińskiej. Powodem tych ataków był brak akceptacji ze strony ukraińskiej postanowień konferencji w Teheranie i Jałcie, na których ustalono, że ziemie te po wojnie wejdą w skład Polski. Ukraińcy przez terror i partyzantkę chcieli ustanowić nową jednostkę terytorialną – Zakierzoński Kraj (inaczej Zakerzonie), w którego skład miały wchodzić ziemie leżące na zachód od demarkacyjnej linii Curzona. Zrozumiałe jest więc, że władze PRL musiały jakoś zaradzić przeciągającemu się konfliktowi, w którym prawo międzynarodowe opowiadało się jednoznacznie przy polskim stanowisku. Można jednak dyskutować ze sposobem, w jaki akcja ta została przeprowadzona.

Największym nadużyciem ze strony władz PRL było potraktowanie wszystkich mieszkańców pochodzenia ukraińskiego, łemkowskiego, bojkowskiego, doliniańskiego a nawet rodzin mieszanych z ludnością polską, jako zaplecza werbunkowego OUN-UPA oraz ich bazy zaopatrzeniowej. Jakkolwiek pewna część tej ludności faktycznie sprzyjała ukraińskiej partyzantce, to przesadą było pociągnięcie do odpowiedzialności za zbrodnie UPA wszystkich, jedynie ze względu na element etniczny. Często bowiem było tak, że miejscowa ludność, także ukraińska, była najzwyczajniej przymuszana do wspierania UPA. Ponadto należy mieć świadomość, że bardzo często ludność ukraińska traktowała Łemków z góry, nazywając pogardliwie ich język "howirką". Zarzucano im, że są oderwaną od stuleciu częścią narodu ukraińskiego, podczas gdy Łemkowie sami siebie postrzegali jako osobną nację. Mimo to, także w polskiej świadomości wykształciło się zrównanie Łemków z Ukraińcami, za co przyszło im bardzo słono zapłacić. W wyniku wspomnianego nadużycia, z terenów Beskidu Niskiego oraz Bieszczadów przesiedlonych zostało mnóstwo niewinnych osób.

Akcja „Wisła” jednak już w zamyśle miała taki charakter – była to wojskowa akcja pacyfikacyjna polegająca na masowym wysiedleniu ludności cywilnej. Jej celem było rozproszenie ludności ukraińskiej (za którą niesłusznie uznano także Łemków) po tzw. Ziemiach Odzyskanych, w celu późniejszej asymilacji z ludnością polską. W wyniku akcji rozbito ponad 1,5 tys. siły zbrojne UPA, aresztowano prawie 3 tys. (aktywnych lub domniemanych) członków OUN oraz wysiedlono ponad 140 tys. cywilów.

Można poniekąd powiedzieć, że była to operacja międzynarodowa, której inicjatorem były władze PRL podległe Związkowi Radzieckiemu. Ze strony polskiej w akcji wzięły udział 4 dywizje piechoty, dywizja Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, 3 pułki: piechoty, samochodowy i saperski oraz trzecia Pomorska Dywizja Piechoty, czyli łącznie ponad 20 tys. żołnierzy. Ponadto akcję wspierały WOP, MO, ORMO i UBP. Związek Radziecki po swojej stronie granicy wyznaczył do akcji dywizję pancerną, oddziały antypartyzanckie oraz pograniczne oddziały NKWD w celu blokowania granicy. Czechosłowacy z kolei utworzyli grupę operacyjną oraz wsparli stronę polską środkami transportu do przegrupowywania sił wojskowych.

Akcja rozpoczęła się 28 kwietnia 1947 roku o 4 nad ranem. Ludność ukraińska oraz łemkowska starała się za wszelką cenę i w przeróżne sposoby uniknąć trafienia na listę wysiedleńczą, jednak nie pomogły w tym żadne zabiegi. O świcie siły wojskowe otaczały daną wieś, aby uniemożliwić ucieczkę mieszkańców. Po zgromadzeniu wszystkich w jednym miejscu ogłaszano na czym akcja polega i w jaki sposób będzie przeprowadzana. Oznajmiano, że wszystkie osoby, które pozostaną we wsi lub w jej okolicy, zostaną uznane za członków band partyzanckich i tak będą później traktowane. Wyrażano zgodę na zabranie jedynie 25 kg bagażu na osobę (odzieży, żywności i drobnego sprzętu) a ponadto zwierząt hodowlanych i podstawowego sprzętu rolniczego. Reszta majątku miała zostać przewieziona w późniejszym terminie i sprawiedliwie podzielona między przesiedleńcami. Nie trzeba chyba wspominać, że do owego podziału nigdy nie doszło a pozostawione mienie posłużyło później polskim osadnikom.

Mieszkańcy wsi musieli następnie na własnych nogach dotrzeć do punktu zbiórki pod eskortą wojska. Odległość ta wynosiła średnio około 30 km, jednak zdarzało się, że była nawet dwukrotnie większa. W punkcie zbiórki byli oni przesłuchiwani i dzieleni na kategorie a następnie pakowani do pociągów (czasami po miesiącu oczekiwania). Następnie byli przewożeni na zachód kraju i tam rozsyłani do przydzielonych miejsc osiedlenia. Plan rozmieszczenia ludności został opracowany przez Ministerstwo Ziem Odzyskanych. Zakładano, że przesiedleńcy mają zostać ulokowani 50 km od granic państwa, 10 km od granic przedwojennych, 30 km od wybrzeża morskiego i 30 km od miast wojewódzkich. Szybko jednak okazało się, że plan ten jest niemożliwy do wykonania i, że nie da się rozmieścić ponad 140 tysięcy ludzi przestrzegając jego postanowień. W wyniku tego, przy osiedlaniu bardzo często panował chaos, co dodatkowo uprzykrzyło los osobom dotkniętym wywózką.

Akcja „Wisła” trwała do końca lipca 1947 roku, jednak ostatnie 32 rodziny zostały przesiedlone dopiero w 1950 roku.

Warto wspomnieć, że po zakończeniu Akcji „Wisła”, w październiku 1947 roku, władze Związku Radzieckiego przeprowadziły zbliżoną operację - Akcję „Z” (Zachód), po swojej stronie. W jej wyniku z terenów dzisiejszej Ukrainy wywieziono na wschód ponad 76 tysięcy ludzi oskarżonych o wspieranie UPA.

Po tym pobieżnym zarysowaniu przebiegu Akcji „Wisła” należy jeszcze powiedzieć o tym, co działo się z osobami, które nie zostały przesiedlone, a które uznano za członków OUN-UPA lub za osoby wspierające te organizacje. Poza uzasadnionymi przypadkami wśród ludności cywilnej, za osoby sprzyjające UPA uznawano zazwyczaj wszystkich przedstawicieli ukraińskiej i łemkowskiej inteligencji oraz księży greckokatolickich. Osoby takie trafiały przeważnie do Centralnego Obozu Pracy w Jaworznie. Obóz ten został oficjalnie utworzony w kwietniu 1947 roku. W rzeczywistości jednak, na wniosek Biura Politycznego KC PPR, wykorzystano w tym celu i zaadaptowano niemiecki obóz koncentracyjny (filię KL Auschwitz), którego Niemcy nie zdążyli zniszczyć wycofując swoje wojska przed zbliżającą się Armią Czerwoną. Władze PRL więziły w tym miejscu przedstawicieli różnych narodowości oraz wszelkich grup społecznych, które były dla nich najzwyczajniej niewygodne. Więzieni tu byli Niemcy, Polacy, Ślązacy (głównie osoby, które podpisały volkslistę), Ukraińcy, Austriacy, Holendrzy, Francuzi, Jugosłowianie, Czesi, Rumuni, Łotysze oraz Łemkowie. W wyniku samej Akcji „Wisła” trafiło tam ponad 3800 więźniów, z czego 162 zmarło. Poza skazanymi Ukraińcami i Łemkami, w obozie tym życie stracili również (a nawet przede wszystkim) polscy działacze niepodległościowi, żołnierze AK oraz górnicy.

Warto o tym wszystkim mówić, aby wiadomym było, iż decyzje zarówno o samej Akcji „Wisła”, jak i o obozie w Jaworznie, podejmowane były przez aparat państwowy, któremu wroga była wolna i niepodległa Polska. Po zrzuceniu jarzma komunizmu, władze wolnej Polski wielokrotnie i oficjalnie wyrażały ubolewanie ze względu na przeprowadzenie tej czystki etnicznej. W 1990 roku operację potępił Senat RP, dwanaście lat później prezydent Aleksander Kwaśniewski a kolejne pięć lat później Prezydent Polski Lech Kaczyński we wspólnym wystąpieniu z Prezydentem Ukrainy Wiktorem Juszczenko stwierdzili, że była ona sprzeczna z prawami człowieka. W tym samym roku, w 60 rocznicę Akcji „Wisła”, Prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko podkreślił we Lwowie, że „winowajcą tej operacji był totalitarny reżim komunistyczny”, apelując jednocześnie, by przeszłość nie obciążała stosunków między Polską i Ukrainą.

Nielicznym przesiedleńcom udało się wrócić na ojcowiznę po 1956 roku. To właśnie ci, którzy wrócili, wyremontowali cerkiew w Blechnarce, w której zaraz po wysiedleniu miejscowej ludności urządzono owczarnię. Swoją drogą ciekawe jest to, czy jedynie za sprawą zwykłej ironii losu, czy może celowego i złośliwego zamiaru, przez poniższą bramę wejściową cerkwi przez długi czas zamiast owieczek bożych przechodziły setkami owce…


Miejcie na uwadze przedstawiony powyżej dramat za każdym razem, gdy będę opisywał wyludnione doliny Beskidu Niskiego. Miejcie również świadomość, że wysiedlonych miejscowości było znacznie więcej niż udało mi się odwiedzić. 

Z Blechnarki kierujemy się w stronę Przełęczy Wysowskiej. 
Po drodze mijamy samotną kapliczkę - jedynego pozostałego świadka wydarzeń mających tu miejsce ponad sto lat temu.


Jeszcze przed osiągnięciem przełęczy odbijamy na czarny szlak w stronę Regietowa. Słońce chyli się już ku zachodowi.


Pod Obyczem odnajdujemy kolejną wojenną nekropolię, którą chcieliśmy zobaczyć. Jest to cmentarz wojenny nr 49.


Wygląd cmentarza po jego powstaniu, w maju 1916 roku, niedługo po zakończeniu walk.


Rok później przybrał on kształt bardziej zbliżony do dzisiejszego. W oczy rzuca się brak otaczającego go obecnie lasu.


W pojedynczych i zbiorowych grobach pochowano tu 299 żołnierzy, w tym 213 niezidentyfikowanych. 


103 z nich to żołnierze armii austrio-węgierskiej a 196, to żołnierze armii rosyjskiej.


Inskrypcja przed wejściem na cmentarz napisana w trzech językach.


Na cmentarzu zastał nas zmierzch.
Niecały kilometr dalej, jednak nadal w środku lasu, rozłożyliśmy namiot w pierwszym nadającym się ku temu miejscu.


Dzień 3

Tej nocy spaliśmy jak zabici. Możliwe, że wpływ na to miało zmęczenie po całym dniu marszu, jednak generalnie nikt ani nic nam nie przeszkodziło w zaśnięciu, ani w trakcie snu. Poniżej zdjęcie zrobione rano, podczas zwijania obozowiska.


Pierwszym celem na ten dzień był Regietów Wyżny a w zasadzie miejsce, w którym znajdowała się niegdyś ta miejscowość. Przy kapliczce spotkaliśmy bardzo rozmownego Łemka, który mieszka obecnie w okolicach Legnicy, jednak nadal odwiedza te ziemie. Opowiedział wiele historii, niestety przeważnie przykrych, których wspomnienia nadal wywoływały w nim żywe reakcje.


Z miejsca naszej rozmowy rozpościerał się piękny widok na Dolinę Regietówki oraz górującą nad nią górę Rotundę.


Wioska ta dzieliła się przed II Wojną Światową na Regietów Wyżny i Dolny. Po wojnie władze PRL wysiedliły je obie w ramach Akcji "Wisła". Później w Regietowie Dolnym założono PGR. Tymczasem Regietów Wyżny po dziś dzień pozostał niezamieszkany.


Jednym z nielicznych śladów istnienia Regietowa Wyżnego jest widoczny na poniższym zdjęciu cmentarz.


Dzięki bazie namiotowej, która znajduje się przy głównym szlaku beskidzkim, życie w Regietowie nadal się jednak tli.

źródło: fotopolska.eu 

Jest to bardzo przyjemna baza, jednak nie zamierzaliśmy w niej nocować, ponieważ dopiero co rozpoczęliśmy tego dnia wędrówkę. Zostaliśmy jednak miło przyjęci. Podczas odpoczynku poczęstowano nas gotującą się na ognisku herbatą z dzikiej mięty. Na potrzeby artykułu wykorzystałem zdjęcia bazy znalezione w sieci, ponieważ nie chciałem publikować zdjęć z wizerunkami osób, które znajdowały się tam podczas naszego pobytu.

źródło: fotopolska.eu

Kamienna tabliczka wskazująca drogę na  cmentarz wojenny nr 48 na północnych zboczach Jaworzynki nad Regietowem. Niestety ominęliśmy go, ponieważ trwał wtedy jego remont, który został ukończony dopiero we wrześniu 2014. Podobno przywrócił on cmentarzowi jego dawny blask.


Z bazy w Regietowie weszliśmy na czerwony Główny Szlak Beskidzki.


Kolejnym celem był szczyt Rotundy. Trasę pokonywaliśmy pod czujnym wzrokiem starych buków.


Na szczycie Rotundy znajduje się cmentarz wojenny nr 51 z okresu I wojny światowej. Na poniższym zdjęciu widać prowizoryczne nagrobki walczących tam żołnierzy, wykonane jesienią 1915 roku.


Jak widać, niegdyś, jeszcze przed ponownym zdziczeniem tych terenów, szczyt ten nie był zalesiony. Po dokończeniu budowy cmentarz był widoczny z oddali dzięki pięciu wysokim wieżycom (gontynom). Poniżej widoczna jest stara widokówka z tym cmentarzem.

[zdjęcie archiwalne, źródło: fotopolska.eu]

Z czasem szczyt obrósł lasem a drewniane gontyny spróchniały i obróciły się w proch. 
Tak miejsce to wyglądało w 2003 roku.

źródło: fotopolska.eu
Niedawno przeprowadzono jednak remont cmentarza. Podczas naszej wizyty w 2014 roku, ku niebu wznosiły się dwie odnowione gontyny. Obecnie cmentarz jest już w pełni zrekonstruowany i wchodząc na szczyt ponownie zastaniecie tam wszystkie pięć gontyn. 


Na Rotundzie pochowano 42 żołnierzy austro-węgierskich oraz 12 rosyjskich.


Nagrobek dziewięciu bezimiennych rosyjskich żołnierzy.


Miejsce to ma naprawdę wyjątkową atmosferę.


Warto zwrócić uwagę na przetłumaczoną inskrypcję z wyrytej w kamieniu tablicy umieszczonej przed wejściem na cmentarz.


Po zejściu z Rotundy trafiamy do Zdyni. Poniżej jedno z opuszczonych gospodarstw.


W miejscowości tej zdecydowaliśmy się spędzić noc. Jako miejsce noclegowe wybraliśmy pole namiotowe, przy którym zaledwie kilka dni wcześniej odbyła się 32 edycja festiwalu Łemkowska Watra.


Okoliczne łąki.


Im bliżej wieczoru, tym bardziej zbierało się na deszcz. Tej nocy nasz namiot miał przejść burzowy chrzest bojowy.


Dzień 4

Ulewa szalała przez całą noc! Wiatr szarpał namiotem na lewo i prawo mimo, iż wzmocniliśmy jego konstrukcję bocznymi linkami, czego zwykle nie robię i uważam za zbyteczne. Strugi wody roztrzaskujące się o powierzchnię tropiku ani na chwilę nie przerywały swej szumiącej, gniewnej pieśni, której rytm nadawały trzaskające wokół błyskawice. Z czasem jednak grzmoty ucichły a dźwięk samego deszczu stał się wręcz usypiający. Kiedy otworzyliśmy oczy szaruga już prawie ustała i słychać było jedynie mżawkę opadającą delikatnie na namiot. Obawialiśmy się, że taka pogoda utrzyma się już przez cały dzień, jednak w ciągu godziny deszcz ustał zupełnie. Z miłym zaskoczeniem stwierdziłem, że tropik nie przepuścił ani jednej kropli wody i w środku sypialni było zupełnie sucho. Jedyna wilgoć na spodniej stronie tropiku pochodziła z pary wodnej wydychanej przez nas w czasie snu. Podczas śniadania i porannego pakowania wykorzystaliśmy okoliczną wiatę do wysuszenia tropiku, po czym zwinęliśmy obóz do końca i rozpoczęliśmy kolejny dzień wędrówki.


Chwilę po wyruszeniu przechodzimy obok cerkwi pod wezwaniem Opieki Matki Bożej w Zdyni – kolejnego obiektu na szlaku architektury drewnianej województwa małopolskiego. Została ona wybudowana w 1795 roku i od tego czasu funkcjonowała jako świątynia greckokatolicka. Po Akcji „Wisła” korzystały z niej osoby prawosławne i rzymskokatolickie. Od 2009 roku jest ona wyłączną własnością Kościoła Prawosławnego.


Ze Zdyni udaliśmy się do Koniecznej. Jest to mała miejscowość położona przy granicy ze Słowacją.


W jej obrębie spotkaliśmy więcej zwierząt niż ludzi. Widzieliśmy liczne konie, krowy oraz ptactwo domowe, w tym widoczne powyżej perliczki. Najciekawsza była krowa, która swym umaszczeniem wtapiała się niemal w krajobraz kulturowy. Chciałoby się rzec... święta krowa!


Przy drodze znajdowało się kilka kamiennych piwniczek, które pełniły niegdyś zapewne rolę spichlerzy.


Sercem Koniecznej jest zabytkowa, oryginalnie greckokatolicka cerkiew św. Bazylego Wielkiego z 1905 roku.


Również wchodzi ona w skład szlaku architektury drewnianej i podobnie jak inne obiekty tego typu w 2009 stała się własnością Kościoła Prawosławnego.


Obok cerkwi znajduje się kolejny cmentarz wojenny z I wojny światowej, opatrzony numerem 47. 
W trzech mogiłach zbiorowych pochowano na nim 126 żołnierzy: 108 Rosjan i 18 Austriaków.


Tak cmentarz wyglądał tuż po wybudowaniu, w 1916 roku. Na zdjęciu w oczy rzuca się to, o czym pisałem już wcześniej – brak lasów na stokach gór, spowodowany intensywną gospodarką rolną prowadzoną przez liczną ówcześnie ludność tych terenów. Dzisiejszy, powtórnie zdziczały Beskid Niski, jest w 70% pokryty lasami.


Z cmentarza nr 47 udajemy się na stoki gór widoczne za nim na powyższych zdjęciach.
 Widok na Konieczną spod granicy lasu. Całkiem po prawej widać cerkiew.


Dalszy fragment tej samej doliny kierujący się ku pograniczu.


Po wejściu w las wchodzimy na szczyt Beskidka. Znajduje się na nim cmentarz wojenny nr 46.


Podczas naszej wizyty w 2014 roku cmentarz ten był mocno zaniedbany. Obecnie jest już w pełni wyremontowany.


Tak wyglądały prace podczas budowy cmentarza, latem 1916 roku.


Poniżej dowód na to, że cmentarz ma już ponad 100 lat.


W sześciu zbiorowych i czterdziestu ośmiu pojedynczych grobach pochowano tu 303 żołnierzy.


168 spośród nich to żołnierze armii austro-węgierskiej a 135, to Rosjanie.


Wielu z żołnierzy nigdy nie zostało zidentyfikowanych, ponieważ ich ciała odnaleziono po zimie, wiosną 1916 roku.


Po kolejnej dawce zadumy nad żołnierską niedolą kierujemy się z Beskidka szlakiem granicznym w stronę Radocyny.
Po drodze podziwiamy piękne krajobrazy po słowackiej stronie granicy.


Łagodne obłości terenu kontrastują z surowością burzowego nieba. Na szczęście nie spadła na nas ani kropla deszczu.


Piękny okaz kani, jednego z moich ulubionych grzybów.


Nieco dalej mamy okazję zobaczyć niezwykle dziki i stary las.


W Beskidzie Niskim występują generalnie tylko dwa piętra roślinne: pogórza (do 550 m n.p.m.) oraz regiel dolny.


Pogórza porastają relikty pierwotnych lasów dębowo–grabowych, natomiast regiel dolny to lasy jodłowe, bukowe i sosnowe.


Lasy widoczne na tych zdjęciach stanowią piętro regla dolnego.


Jako ciekawostkę dodam, że świerki, tak popularne w innych polskich górach, tutaj są niemal nieobecne.


Po kilku kilometrach odbijamy od granicy i schodzimy w głąb doliny rzeki Wisłoka.


Jest to fantastyczna i dzika dolina po nieistniejącej już dzisiaj wsi Radocyna.


Niegdyś była ona gęsto zaludniona. Pod koniec XIX stało tu 87 domów, w których mieszkało niemal 500 osób.


Tak prezentowała się ona jeszcze po II wojnie światowej.


Obecnie nieliczne pozostałości starych zabudowań można spotkać w dolnej części doliny. Tu widać z daleka jedną z ruin.


Z bliska prezentuje się ona jeszcze ciekawiej.


Pozostałości drewnianego domu sprawiają wrażenie, jakby stworzyły osobny ekosystem.


Tu z kolei widać zniszczony budynek szkoły.


Aż trudno sobie wyobrazić, że miejsce to jeszcze nieco ponad 70 lat temu tętniło życiem.


Pomiędzy pozostałościami zabudowań można zaobserwować również drzewa owocowe, niemal zupełnie już zatarte granice dawnych działek oraz cerkwisko, czyli miejsce po rozebranej w latach 50-tych cerkwi. Innymi śladami niegdysiejszej ludzkiej bytności są nagrobki dawnych mieszkańców tej miejscowości. Najstarszy z nich pochodzi z 1894 roku.


Znajdują się tu dwa cmentarze. Jeden z nich to widoczny poniżej cmentarz publiczny.


Obok niego znajduje się jeszcze cmentarz wojenny nr 43. 
W trzech zbiorowych i dziesięciu pojedynczych mogiłach pochowano 83 żołnierzy, w tym 4 Austriaków. Reszta to Rosjanie.


Późnym popołudniem docieramy do studenckiej bazy namiotowej w Radocynie.


Po zapoznaniu się z bazowym rozbijamy namiot i udajemy się na oględziny bazy.


Tym co interesuje nas najbardziej po dniu marszu, jest oczywiście prysznic. Wchodzimy więc na "trasę łazienkowską".


Tuż przy rzece odnajdujemy upragnione miejsce.


Konstrukcja jest bardzo zmyślna i jednocześnie prosta!


Za kotarą znajduje się prysznic konewkowy. Wodę uzupełnia się czerpiąc ją bezpośrednio z rzeki za pomocą wiadra.
Orzeźwienie gwarantowane!


Po odświeżeniu się skorzystaliśmy z hamakowego relaksu nad samym brzegiem strumyka. Jeszcze później dosiedliśmy się do innych wędrowców przy ognisku. Żartom i opowieściom mogłoby nie być końca, jednak ostatecznie wróciliśmy do namiotu, ponieważ kolejnego dnia planowaliśmy dość wczesne wyjście w trasę. Przed nami był jeden z najdłuższych planowanych odcinków.


Dzień 5

Rano zwijamy namiot i wyruszamy w drogę, nim baza namiotowa zdąży się na dobre obudzić.


Na dzień dobry przechodzimy w bród Wisłokę.


Tuż za brodem rozpoczyna się dolina wyludnionej po wojnie wsi Długie.


Pierwszą oznaką, iż niegdyś mieszkali tam ludzie jest oczywiście cmentarz. Swoją drogą jest to dość symptomatyczne dla Beskidu Niskiego, że bardzo często można w nim zaobserwować więcej śladów umarłych, jak żywych. 


Na potwierdzenie tych słów nieco dalej odnajdujemy kolejny cmentarz, tym razem wojenny. 


Jest to cmentarz nr 44. Znajduje się na nim pięć zbiorowych grobów oraz osiem pojedynczych, a złożono w nich łącznie 244 żołnierzy - 207 Rosjan i 37 Austriaków.


I wojna światowa nie przyniosła miejscowości Długie jakiś większych strat i zniszczeń a na cmentarzu tym pochowano ofiary kilku drobnych potyczek.


Dopiero powojenne wysiedlenia sprawiły, że ludzie zniknęli z tej doliny.


Jedna z ponad wiekowych kapliczek pozostałych po Długim.


Poniżej widoczna jest bardzo sugestywna instalacja artystyczna. Niby nic takiego... zwykłe drzwi... 


Kiedy jednak człowiek uświadomi sobie, że w tym miejscu kiedyś faktycznie stał dom, w którym toczyło się życie, rodziły się dzieci, ludzie przeżywali zarówno piękne chwile, jak i osobiste tragedie, po czym odchodzili ze świata dając miejsce kolejnym pokoleniom, to ogarnia go niewysłowione, przedziwne uczucie. Tym bardziej, gdy ma świadomość, że dla mieszkańców tego domu ni stąd, ni zowąd przyszedł nagle dzień, w którym przekroczyli jego drzwi po raz ostatni, po czym zapakowano ich na wozy, wywieziono na stację przeładunkową a następnie pociągiem przetransportowano w głąb obcej ziemi, by żyli odtąd niczym pariasi, tęskniąc za domem, który pozostał tu pusty, zniszczał, rozpadł się i bezpowrotnie zniknął na zawsze...


Nazwa miejscowości Długie nie jest zapewne przypadkowa, gdyż jej dolina ciągnie się w  linii prostej przez 5 km. 
Za doliną znajduje się wieś Grab a w niej aż dwa cmentarze wojenne. Pierwszy z nich to cmentarz wojenny nr 5. 


Obecnie ulokowany jest on pomiędzy zabudowaniami gospodarczymi (niewidocznymi na zdjęciu).


Niegdyś ulokowany był w szczerym polu. 
Poniżej wygląd cmentarza przed jego budową, latem 1916 roku. Pochowano na nim 266 Rosjan.


Po dziś dzień zachował się tu oryginalny krzyż przykryty daszkiem.


W Grabiu życie toczy się jednak dalej, w odróżnieniu od wielu innych, wyludnionych miejscowości.


Jest jednak wiele opuszczonych budynków.


Niektóre z nich zupełnie nie nadają się już nawet do remontu.


Na drugim krańcu miejscowości znaleźliśmy jeszcze jeden cmentarz wojenny - nr 4.


Znajdują się na nim 53 groby pojedyncze oraz 31 zbiorowe, w których złożono 106 Austriaków i 37 Rosjan.


Jest to jeden z najbardziej malowniczo położonych cmentarzy, na jakich byliśmy.


Na wzgórzach widocznych w tle mieści się już Magurski Park Narodowy.


Tak cmentarz ten wyglądał niegdyś, według oryginalnego projektu.

[fotografia archiwalna, źródło: fotopolska.eu]

Obecnie z okalającego go muru niewiele już pozostało.


Widoczne poniżej, wymalowane na drodze hasło, było jak najbardziej adekwatne do sytuacji, ponieważ od kilku kilometrów coraz bardziej doskwierał mi świeżutki i coraz to większy odcisk na stopie. Pokonane dotychczas 70 km oraz ponad 25 kg plecak zaczęły w końcu dawać o sobie znać, tymczasem tego dnia mieliśmy jeszcze do pokonania około 15 km do zaplanowanego celu. Na szczęście miałem przy sobie odpowiednie plastry. Ponadto dowiedziałem się właśnie, że ból nie istnieje, więc dziarsko parłem do przodu.


Niebo zaczęło się coraz bardziej chmurzyć.


Po chwili spadł nawet przelotny deszczyk ale przeczekaliśmy go w wiacie turystycznej.


Znaleźliśmy się w obrębie Magurskiego Parku Narodowego. Położony jest on w samym sercu Beskidu Niskiego.


Spełnia on bardzo ważną rolę ekologiczną, gdyż jest swoistym pomostem pomiędzy innymi obszarami chronionymi Karpat Zachodnich i Wschodnich. 90% parku stanowią lasy. Znajdują się tu również łąki, pastwiska i torfowiska. Lasy regla dolnego (najwyższe piętro roślinne tych gór), które zajmują prawie 60% parku, to naturalne lasy bukowe.


Wędrując szlakiem granicznym mijamy przepiękną Dolinę Ciechani.


W 2014 roku, kiedy tędy przechodziliśmy, Dolina Ciechani była zupełnie niedostępna dla turystów. Kilka razy w roku mogły wejść do niej jedynie osoby chcące odwiedzić groby bliskich w miejscu wyludnionej po wojnie wsi Ciechania. My zerkamy na nią jedynie z jej skraju. Obecnie można ją zwiedzać wraz z przewodnikiem, po uprzednim zarezerwowaniu miejsca w grupie. Niewykluczone jednak, że władze parku przywrócą kiedyś szlaki turystyczne, które przebiegały przez tą cudowną dolinę przed utworzeniem parku narodowego. Na terenie doliny znajduje się obecnie terenowa stacja badawcza Magurskiego Parku Narodowego. 


Na Przełęczy Mazgalica odbijamy od granicy na żółty szlak i schodzimy do Huty Polańskiej.


Pierwszy budynek, który zauważamy to kościół pod wezwaniem św. Jana z Dukli.


Trzeba z przykrością przyznać, że jest dość pechowa świątynia. Plany budowy powstały już w 1902 roku, jednak prace rozpoczęto dopiero po trzech dekadach ciężkich starań o pozwolenia i fundusze, w 1935 roku. Ostatecznie poświęcenie i otwarcie kościoła zaplanowano na pierwszą niedzielę września 1939 roku, jednak nie doszło do niego ze względu na wybuch II wojny światowej. 


Kościół ucierpiał mocno w trakcie walk o Przełęcz Dukielską a po wojnie popadł w ruinę.


Dopiero w 1994 roku rozpoczęto jego odbudowę po ponownym, żmudnym pozyskiwaniu pieniędzy. Kiedy w końcu w 1998 roku prace zostały ukończone a kościół został poświęcony z niemal stuletnim opóźnieniem względem początkowych planów, okazało się, że w Hucie Polańskiej nie ma już parafian, którzy mogliby z niego korzystać. Ze względu na małą liczbę mieszkańców msze są w nim bardzo rzadko odprawiane. Do wnętrza można wejść tylko dwa razy w roku podczas odpustów: Św. Jana, w pierwszą niedzielę lipca oraz Św. Huberta, w pierwszą niedzielę po Wszystkich Świętych.


Nieco za kościołem osiągnęliśmy cel tego dnia wędrówki - prywatne schronisko turystyczne "Hajstra".


Ależ słodko było położyć się w mięciutkim łóżku!

Dzień 6

Tego dnia wyprawy mogłoby w zasadzie nie być a cała trasa mogłaby potrwać 8, a nie 9 dni. Tak się jednak złożyło, że dość mocno pogorszyła się pogoda a na stopie miałem skuteczny demotywator do dalekich marszów - duży i bolesny odcisk. Szczęśliwym trafem Hajstra okazała się na tyle przytulnym i przyjemnym miejscem, że po pięciu dniach wędrówki i czterech nocach w namiocie nie potrafiliśmy oprzeć się pokusie, by dwie kolejne spędzić w pokoju z łazienką. Jak się później okazało, była to dobra decyzja - nie tylko przez komfortowe warunki noclegowe, ciepłą domową strawę i możliwość wysuszenia prania ale także ze względu na sposobność lepszego poznania najbliższej okolicy.

Sporą część dnia spędziliśmy w schronisku, ponieważ od poprzedniego wieczora ciągle padał ulewny deszcz. Kiedy w końcu się rozpogodziło, wybraliśmy się na spacer po okolicznych lasach. Nie był on długi ale za to pełen wrażeń i egzaltacji. Tym razem obiektem moich westchnień nie były widoki, czy ciekawe obiekty historyczne, lecz znacznie bardziej prozaiczne powody, a mianowicie... grzyby!


Od dziecka jestem zapalonym grzybiarzem lecz takiej ilości prawdziwków jeszcze nigdy i nigdzie nie widziałem!


Najzabawniejsze było to, że aby uzbierać kosz tych szlachetnych grzybów w przeciągu chwili nawet nie trzeba było za bardzo oddalać się od szlaku. Ja niestety nie miałbym co zrobić z zebranymi grzybami, więc urządziłem sobie jedynie grzybobranie aparatem fotograficznym. 


Pochwalę się chociaż kilkoma okazami, które z ciężkim sercem zostawiałem za sobą w lesie.


Niektóre z nich były naprawdę wyjątkowo duże a pomimo tego nadal zachowywały odpowiednią twardość.


Po powrocie z najdziwniejszego w moim życiu grzybobrania, resztę dnia spędziliśmy spokojnie i leniwie.

Dzień 7

Wypoczynek w Hajstrze okazał się strzałem w dziesiątkę! Nie dość, że nabraliśmy sił, to jeszcze mój odcisk zaleczył się wystarczająco dobrze, aby przy użyciu plasterków nie dokuczał mi już w dalszej trasie. Tego dnia mieliśmy do pokonania około 25 km, czyli mniej więcej tyle samo, co w piątym dniu wyprawy, w którym to odcisk dał o sobie znać. Dlatego też ważne było, iż od samego ranka nie psuł mojego morale i mogłem z entuzjazmem odbywać kolejny dzień drogi.

Po niecałej godzinie, już na szlaku granicznym, nieco ponad Przełęczą Mazgalica, doznaliśmy ogromnego zaskoczenia. Początkowo równało się ono wręcz przerażeniu! Otóż ni stąd, ni zowąd usłyszałem za sobą bieg i charczenie jakiegoś zwierza. Kiedy się obróciłem, okazało się, że po szlaku biegnie w naszym kierunku wielkie czarne zapienione psisko. Nie było nawet czasu aby podnieść z ziemi cokolwiek w celu obrony! Momentalnie kazałem żonie ustawić się za mną i mentalnie przygotowałem się na najgorsze - konieczność walki. Kiedy jednak pies zbliżył się na odległość kilku metrów, okazało się, że bestia jest całkiem sympatyczna, ma pokojowe zamiary a jej gęba wręcz pała radością. Zziajany pies podbiegł do nas radośnie i zaczął się z nami witać. Ze zmęczenia z pyska ciekła mu spieniona ślina, która przy każdym ruchu fruwała w powietrzu, lądując nawet na jego głowie (widać to na poniższym zdjęciu, nad jego lewym okiem).  Turystyczną patelnię zaadaptowałem więc jako miskę na wodę i dałem słodziakowi ochłonąć.


W tym momencie rozpoczął się poważny dylemat, który towarzyszył nam przez ponad 5 kolejnych godzin. Otóż w okolicy oprócz nas nie było żadnego człowieka a co za tym idzie... potencjalnego właściciela przybłędy. Co gorsza, pies nie zamierzał iść dalej swoją drogą. Po prostu się do nas przyłączył i nie miał zamiaru odłączać! Ponadto... nie miałbym nawet serca, aby go odganiać. Ostatecznie poszedłem po rozum do głowy. Stwierdziłem, że musi on pochodzić z najbliższych okolic a najbliższe zabudowania, to opuszczona przez nas niedawno Huta Polańska. Zadzwoniłem więc do schroniska, w którym spędziliśmy dwie ostatnie noce. Opisałem wygląd psa, jednak do właścicieli Hajstry on nie należał. Obiecali mi jednak, że zorientują się, czy sąsiadom nie zniknął pies. Po pół godzinie otrzymałem telefon zwrotny i... bingo! Okazało się, że to nie pierwsza ucieczka naszego przyjaciela. Poznaliśmy nawet jego imię. Oto Arni!


Właściciel Arniego był w tym momencie zajęty i nie mógł wybrać się w naszym kierunku a my nie mieliśmy zamiaru wracać do Huty Polańskiej. Dogadaliśmy się więc, że zabierzemy go ze sobą do najbliższej miejscowości i tam ktoś po niego przyjedzie. W ten sposób mieliśmy około 4 godzin wspólnej wędrówki do Barwinka, do którego tak czy inaczej mieliśmy zamiar zejść w celu uzupełnienia zapasów żywności w sklepie. Po drodze przechodziliśmy m.in. przez szczyt góry Baranie, na której znajduje się wieża widokowa.


Jeden z widoków z wieży na Baranim.


Przez całą drogę do Barwinka Arni trzymał się gdzieś w pobliżu. Czasami znikał na chwilę, buszował w zaroślach ale za każdym razem wracał tak, jakby należał do nas. Tak bardzo go polubiliśmy, że poniekąd żałowaliśmy nawet, że znalazł się jego właściciel. Zanim do tego doszło, byliśmy  gotowi przerwać podróż, gdyby okazało się, że nie wiemy co z nim począć. Po prostu byśmy go przygarnęli i wrócili jakoś wspólnie do domu. Ostatecznie jednak oddaliśmy go właścicielowi, który przyjechał po niego samochodem do Barwinka. Spędziliśmy z nim tylko 5 godzin, jednak żal było się żegnać. Prawda, że piękny? 


Po pożegnaniu Arniego i po uzupełnieniu zapasów w sklepie, ruszyliśmy dalej. Przeszliśmy przez Przełęcz Dukielską - najniżej położony punkt w całych Karpatach (500 m n.p.m.), o który toczono zażarte boje w czasie II wojny światowej. Od 8 września do 30 listopada 1944 roku miała tu miejsce jedna z najbardziej krwawych operacji wojennych na polskich ziemiach w czasie tej wojny. W Bitwie o Przełęcz Dukielską po obu stronach konfliktu (niemieckiej i rosyjskiej) zginęło około 100 000 żołnierzy. Jako jej część uznaje się potężną bitwę pancerną w okolicach miejscowości Chyrowa. Miejsce tego starcia nazwano Doliną Śmierci. Niedaleko za Przełęczą Dukielską minęliśmy słowacką, wojskową wieżę widokową. Niestety trafiliśmy tam niecałą godzinę po jej zamknięciu, więc nie mogliśmy już na nią wejść (czynne: od 1 maja do 15 października, od wtorku do piątku w godzinach 7.30 – 15.30 i weekendy w godzinach 11.00 – 15.00). Wieża ta została wybudowana ku czci poległych w Bitwie o Przełęcz Dukielską. W pobliżu widać różne wojenne eksponaty.


Z Przełęczy Dukielskiej nasze nogi skierowały się w stronę Zyndranowej.


Zeszliśmy do tej niewielkiej miejscowości czarnym szlakiem, od strony granicy państwowej, więc w zasadzie nawet nie zobaczyliśmy zbyt wielu jej zabudowań.


Mogliśmy za to podziwiać w pełni uroki doliny, w której Zyndranowa jest położona.


Naszym celem była studencka chatka w Zyndranowej, prowadzona przez rzeszowski oddział SKPB.


Miejsce to jest bardzo klimatyczne i panuje w nim swojska atmosfera.


Schronisko przygarnia wszystkich potrzebujących.


Namiot rozłożyliśmy za chatką, wykorzystując jeden z chatkowych materacy do polepszenia sobie warunków noclegowych.


Do późnego wieczora wraz z innymi chatkowiczami uczestniczyliśmy w ognisku z gitarą i śpiewami... było wesoło!

Dzień 8

Przedostatni dzień naszej wędrówki przez Beskid Niski rozpoczął się nieco później niż poprzednie, zapewne przez to, że późno poszliśmy spać a rano składanie obozu nie szło tak sprawnie jak zwykle. W głowach szumiały jeszcze zwrotki śpiewanych piosenek a z niewiadomych przyczyn ciężko nam było nawodnić organizm. Kiedy jednak wyparowywały z nas resztki dnia minionego, pożegnaliśmy się z zyndranową załogą i ponownie kroczyliśmy szlakiem. Zrazu wolniej, nieco ospale, ale w końcu góry ocuciły nas do reszty swą zieloną rześkością. Po około 5 km marszu przez las zaczęliśmy schodzić do doliny po opuszczonej wsi Czeremcha.


Wieś ta została ulokowana w 1527 roku. Dzisiaj prawie nic już z niej nie pozostało mimo, że jeszcze przed II wojną światową znajdowało się tu 71 domów, cerkiew greckokatolicka i posterunek Straży Granicznej. Mieszkało tu ponad 400 osób, z czego prawie wszyscy byli Łemkami. Ich głównym zajęciem był wypas bydła. Obecnie można tu jeszcze odnaleźć nieliczne ślady po dawnych mieszkańcach: pojedyncze nagrobki, kapliczki, ruiny strażnicy, cerkwisko oraz zdziczałe drzewa owocowe.


W latach 1769-72, czyli tuż przed pierwszym rozbiorem Polski, stacjonowały tutaj oddziały konfederatów barskich. Byli to polscy szlachcice, którzy utworzyli związek zbrojny i zbuntowali się przeciwko Imperium Rosyjskiemu, które narzuciło Polsce swego kandydata do korony – Stanisława Augusta Poniatowskiego. Przyczyną ich buntu był fakt, iż za pomocą swej marionetki na tronie Rosjanie znieśli system demokracji szlacheckiej i nadali równouprawnienie innowiercom zamieszkującym Polskę.


Konfederacja barska nazywana jest czasem pierwszym polskim powstaniem narodowym. Nasi przodkowie walczyli dumnie i dzielnie o wolną ojczyznę. Pod koniec zrywu, przed jego upadkiem, konfederaci stawiali opór właśnie na terenach Beskidu Niskiego pod wodzą Kazimierza Pułaskiego. Tutaj znajdowały się ich ostatnie bastiony. W okolicach Tylicza do dzisiaj można jeszcze znaleźć ślady po ich okopach. W Czeremsze (czyli tu, gdzie znajdujemy się obecnie) wybudowano warowne szańce, którymi dowodził Feliks Łubieński. Wysiłek konfederatów poszedł niestety na marne a po ich klęsce rozpoczął się okres stopniowych rozbiorów Polski, które ostatecznie wymazały nasz kraj z mapy Europy na 123 lata.


Obie wojny światowe dały się Czeremsze mocno we znaki. W czasie pierwszej została ona częściowo spalona przez Austriaków a podczas drugiej stacjonowali tu niemieccy okupanci, wykorzystujący budynek Straży Granicznej. Nie udało im się jednak zająć go od razu, przy pierwszej próbie natarcia 2 września 1939 roku. Aż 8 dni zajęło im przełamanie oporu broniących punktu Polaków.


Po II wojnie światowej miejscowość została wyludniona a jej mieszkańców wywieziono w głąb ZSRR. Miało to miejsce jeszcze przed rozpoczęciem Akcji „Wisła”, na mocy umów o wymianie ludności.


Przy opuszczaniu Czeremchy w jednej z przydrożnych kałuż zauważyłem pływającego zaskrońca.


A jeszcze dalej Karpacki Bank Genów. Rosną w nim jodły i buki, z których nasion zasiewa się nowe pokolenia drzew.


Za Cheremchą wchodzimy na grzbiet góry Kamień. Charakteryzuje się ona stromymi zboczami.


W czasie I wojny światowej Rosjanie i Austriacy stoczyli tu krwawą walkę na bagnety, w której zginęły setki żołnierzy. Nazwano ją Bitwą o Przełęcze.


Pozostałością po bitwie jest kilka cmentarzy wojennych, położonych zarówno po polskiej, jak i słowackiej stronie granicy. 


Starcie to byłą częścią znacznie większej batalii, w której wrogie imperia toczyły ze sobą walki o główny grzbiet Karpat.
W ich wyniku życie straciły tysiące poległych żołnierzy.


Cmentarze na Kamieniu nie są tak dobrze zachowane, jak nekropolie zaprojektowane przez Dusana Jurkovića w okręgu Żmigrodzkim, które prezentowałem na wcześniejszych zdjęciach tego artykułu. Nagrobki są tu ledwie widocznymi kopczykami ziemi. Powodem tego stanu rzeczy jest to, iż tereny te nie zostały objęte budową cmentarzy na wzór Galicji Zachodniej, ze względu na szybko przesuwający się w kierunku wschodnim front oraz przez rozpad monarchii austro-węgierskiej.


Powyższe cmentarze znajdują się na Słowacji.
Na cmentarzu po polskiej stronie granicy znajduje się symboliczny kopiec kamieni z metalowym krzyżem maltańskim.


Na drzewie zawieszono zaś dzwon ku pamięci poległych, wykonany z łuski pocisku armatniego.


Za Kamieniem robimy przerwę sobie na kawę.


Pokrzepieni ruszamy dalej.


Po chwili z zaskoczenia dopada nas przelotny, ciepły deszczyk.


Zaraz po deszczu pojawia się tęcza.


Zastajemy ją dokładnie przy torfowiskach będących słowackim rezerwatem przyrodniczym Haburské rašelinisko.


Za rezerwatem odbijamy od granicy i schodzimy do doliny wysiedlonej wsi Jasiel.


Witają nas krążące nad naszymi głowami orliki krzykliwe.


Ptaki te znajdują się w logo Magurskiego Parku Narodowego.


Ich populacja sięga w Polsce około 2 tysięcy par, przy czym Beskid Niski upodobały one sobie szczególnie. 
Żyje tu ich średnio 23 pary na 100 km2. Objęte są ścisłą ochroną gatunkową.


Rozpiętość ich skrzydeł sięga do 168 cm. Maksymalny stwierdzony czas życia orlika krzykliwego wynosił ponad 27 lat.


Nazwa miejscowości Jasiel, która niegdyś się tu znajdowała, pochodzi od nazwy rzeki przepływającej dnem doliny. Jest to Jasiołka. Nazwa rzeki z kolei, wywodzi się z języka łemkowskiego od słowa "jasył", oznaczającego "jasną, czystą wodę".


Na początku doliny napotykamy duży staw. Wbrew pozorom nie jest to naturalny zbiornik wodny.


Został on utworzony po pożarach, które ze Słowacji przedostały się do nas. Zdążył jednak wtopić się już w krajobraz.


Cała dolina Jasiel stanowi część największego w polskich Karpatach rezerwatu "Źródliska Jasiołki". 
Utworzono go w 1993 roku i zajmuje powierzchnię 1585 hektarów.


Jeszcze na początku XX wieku w Jasielu stało 58 domów, w których mieszkało około 350 osób, głownie Łemków. 
Wszyscy zostali wysiedleni w ramach Akcji „Wisła”.


Po osadzie zachowało się już niewiele śladów, między innymi cokoły kapliczek z niezatartymi napisami.


Można tu również odnaleźć ruiny strażnicy Wojsk Ochrony Pogranicza. 
W latach 60-tych przekształcono ją w schronisko PTTK a jeszcze później w owczarnię.


Przez długi czas Jasiel był wsią zbójnicką. Jako, że położony jest na przełęczy, kupcy często wybierali przez niego drogę, aby ominąć komorę celną w Jaśliskach. Przez błędną decyzję byli później napadani i zmuszano ich do płacenia myta. Jeśli tego nie robili, wymierzano im miejscową „sprawiedliwość”.


W czasie II wojny światowej przez Jasiel przebiegał szlak kurierów beskidzkich. Byli to członkowie ZWZ-AK, którzy w ramach oporu przeciwko okupacji niemieckiej przemycali na trasie Polska-Słowacja-Węgry rozkazy, meldunki, pieniądze, broń, konwojowali emisariuszy oraz przeprowadzali przez granice osoby ścigane przez gestapo. W 1981 roku została tu odsłonięta tablica upamiętniająca ich poświęcenie. Odsłonięcia dokonał jeden z żyjących ówcześnie kurierów – Jan Łożański ps. „Orzeł”.


Nie jest to jedyny pomnik w Jasielu.


W 1985 roku odsłonięto tu monument upamiętniający zbrodnię UPA dokonaną 20 marca 1946 roku na ponad 90-ciu Żołnierzach WOP i funkcjonariuszach Milicji Obywatelskiej. Podczas ewakuacji do Komańczy zostali oni otoczeni przez połączone sotnie UPA, wzięci do niewoli i rozstrzelani.


Obecnie w Jasielu znajduje się darmowe i dobrze zagospodarowane pole namiotowe, na którym spędziliśmy noc. Poza sporą ilością miejsca pod namioty i ładnie przygotowanym miejscem na ognisko, stoi na nim również drewniany szałas, w którym udostępniono sprzęt biwakowy. O ile nie jest akurat zajęty, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby spędzić w nim także noc.


Tego dnia również spędziliśmy wieczór przy ognisku ale było już znacznie ciszej i spokojniej niż dnia poprzedniego.

Dzień 9

Opuszczając Jasiel pożegnaliśmy jednocześnie magurskie doliny. Są to miejsca naprawdę wyjątkowe. W nich właśnie skrywa się cały niemal urok Beskidu Niskiego. Szczyty oraz grzbiety górskie są w tym paśmie zalesione i ciężko uświadczyć z nich jakichś szerokich widoków. Za to w dolinach na wędrowców czeka prawdziwa uczta zmysłów. Dlatego wspinając się na zbocza Kanasiówki, już po wyjściu z doliny, ogarnęła nas pewna nostalgia. Spowodowana była tym, że był to już ostatni dzień wędrówki przez Beskid Niski i mimo,  że mieliśmy przed sobą jeszcze kilkanaście kilometrów do przejścia, to wiedzieliśmy, że najpiękniejsze mamy już za sobą. W drodze do Komańczy szliśmy grzbietem pasma, głównie przez stary i dziki las.


W leśnych zaroślach widywaliśmy ciekawe rośliny, na przykład taki oto gatunek storczyka.


Po niecałych 20 km dotarliśmy w końcu do Komańczy. 
Od rozpoczęcia trasy w Krynicy-Zdrój nasze nogi pokonały łącznie około 160 km.


Z Komańczy pojechaliśmy jeszcze autobusem w samo serce Bieszczadów, jednak to już zupełnie inna historia.

Wędrówka wzdłuż Beskidu Niskiego była naprawdę wyjątkowym przeżyciem. Polecam ją każdemu pasjonatowi gór oraz biwakowania w dzikich, naturalnych warunkach. Tereny te są na tyle bogate w trasy turystyczne, że można zaplanować na nich niejedną wyprawę tego typu. Zostało nam tam jeszcze wiele ciekawych miejsc do odwiedzenia. Ominęliśmy chociażby miejsca związane z Gorlickim Zagłębiem Naftowym, czyli pierwszą prowincją naftową na świecie. To tutaj bowiem odkryto ropę naftową, opracowano metody jej poszukiwań oraz sposoby wydobywania. Tu Ignacy Łukasiewicz skonstruował pierwszą lampę naftową. W Ropiance z kolei powstała nawet pierwsza na świecie szkoła ucząca bezpiecznych metod wiercenia. Wierzcie mi - Beskid Niski skrywa wiele piękna, ciekawostek, historii oraz tajemnic, które czekają także na Was, byście mogli je odkryć, do czego gorąco Was zachęcam!


Komentarze

  1. Ku...a - jadę tam w przyszłym roku...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja p...le, pięknie, do zobaczenia!

      Usuń
  2. Piękne zdjęcia, piękna historia! Dziękuję i znad morza pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. SUper. Muszę z młodymi tam pojechać. Dzięki za super artykuł

    OdpowiedzUsuń
  4. Przeczytałem całe, ciągle sięgając do wikipedii, żeby dowiedzieć się jeszcze więcej. Mega wciągająca opowieść. Muszę się tam wybrać wkrótcę. Pozdrawiam!!

    OdpowiedzUsuń
  5. W ciekawy sposób ominęliście dolinę Ciechani ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Nowe komentarze będą widoczne po zatwierdzeniu.

"To ryzykowna sprawa wychodzić z domu za próg. Uważaj na nogi, bo nie wiadomo, dokąd Cię poniosą."
J.R.R. Tolkien

Wspierają mnie:

CQB.PL Ledlenser sklepdlaturysty.pl COMPASS
mountainking.pl frago.pl Varms Knives Sygnatura