Czasami trzeba zaszyć się w głuszy!



Wyjazd w góry nie zawsze musi być pełen rozległych widoków. Czasami wystarczy dobre miejsce, w którym niczym w samotni można się odciąć od świata, aby wrócić z gór w pełni usatysfakcjonowanym.




Miejsce, które Wam dzisiaj pokażę, jest dla mnie miejscem wyjątkowym, wręcz magicznym. Dla wielu osób może się ono okazać jednak zbyt spartańskie, pozbawione wygód współczesnego świata. Nie ma tu prądu, bieżącej wody, prawdziwego łóżka a po krótkim pobycie nasze rzeczy przechodzą charakterystycznym, intensywnym zapachem dymu i starego drewna. Mimo to jeżdżę tu od kilkunastu lat, za każdym razem z tym samym zapałem co zwykle. Jest to stara, drewniana chata, położona w środku lasu, z dala od szlaku, na zboczu góry, na wysokości około 1200 m n.p.m. Nie posiada ona stałego opiekuna, tzw. bazowego. Jest otwarta przez cały rok dla każdego. Ma jednak swych oddanych bywalców, którzy ochotniczo o nią dbają, naprawiając to, co poddaje się działaniu czasu. 

W chacie panuje kilka prostych, niepisanych zasad, które mam nadzieję uszanujecie, jeśli kiedykolwiek tu traficie. Nie są one trudne do zapamiętania ani do wprowadzenia w życie a znacząco wpływają zarówno na komfort przebywania w tym miejscu, jak i na jego ogólną kondycję. Liczę, że weźmiecie je sobie do serca tym bardziej, że chata jest naprawdę stara - ma ponad sto lat i wymaga opieki.

Pozwolę sobie spisać w tym miejscu owe zasady:
- nie niszcz niczego i nie dewastuj,
- uszanuj obecność każdego, kogo tu zastaniesz,
- sprzątaj po sobie,
- nie ścinaj na opał żywych drzew,
- zostaw po sobie zapas drewna dla przyszłych gości,
- swoje śmieci znieś z góry do miejscowości w dolinach.

Przedstawię Wam teraz jeden ze swoich pobytów w chacie. Miał on miejsce na początku grudnia 2014 r. Było już zimno, choć jeszcze nie było śniegu. Pogoda jednak nie rozpieszczała i przez całą wyprawę było pochmurno na tyle, że widoki z jednej strony masywu niewiele się różniły od tych ze strony przeciwnej. Dlatego cały niemal czas postanowiłem spędzić w chatce, poświęcając się prostym czynnościom, takim jak pozyskiwanie drewna na opał, gotowanie, noszenie wody ze strumyka a przede wszystkim... odpoczywanie od cywilizacji.

Wędrówkę rozpoczynam późnym wieczorem. Z pociągu wysiadam po godzinie 22:00, więc nie ma już szans na złapanie żadnego autobusu, który zabrałby mnie do miejscowości, w której rozpoczynają się szlaki turystyczne. Marsz zaczynam jedenastokilometrowym odcinkiem asfaltu. Po pokonaniu tego dystansu opuszczam w końcu cywilizację i wchodzę na szlak. Przez kolejne 7 km idę przy świetle latarki. Nie wspomaga mnie ani księżyc, ani gwiazdy. Na szczęście dobrze znam drogę, gdyż wielokrotnie już nią szedłem. Pod koniec trasy zauważam ogromne sople lodu zwisające ze skał. Oświadczają mi jasno, że ciepło bynajmniej nie jest, choć jeszcze tego nie czuję, będąc rozgrzanym długim podejściem.




Kiedy w końcu docieram do chatki okazuje się, że nie ma tu dziś nikogo - jestem zupełnie sam.
Zapalam świece, siedzę przez moment ciesząc się chwilą. Następnie wyciągam śpiwór i idę spać bez rozpalania ognia w piecu - poprzedni bywalcy nie pomyśleli o tym, by zostawić po sobie choć trochę drewna na opał. Za oknem -12 stopni, w środku niewiele więcej: -9. Śpiwór jednak mam na tyle dobry, że noc spędzam niemal komfortowo.


Ranek zastaje mnie równie zimny jak noc. Obchodzę chatkę dookoła aby ocenić jej aktualny stan. Na dachu zauważam kilka nowych łat papy. 



Ktoś obłożył papą również całe dwie tylne ściany chaty. Z jednaj strony to dobrze, ponieważ śnieg długo tu zalega, co przyczynia się do gnicia belek, z których zbudowana jest chata. Z drugiej strony, zawilgocone drewno bez dostępu powietrza może gnić pod papą jeszcze szybciej. Najlepszym rozwiązaniem byłaby wymiana zgniłych belek. Miejmy nadzieję, że miejsce to doczeka się takiego remontu.







Po krótkich oględzinach stanu chatki i szybkim śniadaniu trzeba wziąć się do roboty, by przygotować drewno na opał. W chacie zwykle są podstawowe narzędzia, takie jak: siekiera, młotek, piła, kliny, itp, jednak z siekierami różnie to bywa - zdarza się, że czasami gdzieś giną albo najzwyczajniej w świecie zostają połamane przez mało wprawionych użytkowników. Tym razem miałem nosa i wziąłem ze sobą małą siekierę z domu. Jak się okazało, była to bardzo dobra decyzja, gdyż na miejscu zastałem tylko połamane głowice siekier a rękojeści nie było w ogóle - zapewne je spalono. Bez siekiery w tych warunkach długo bym tu nie posiedział.


Nieco poniżej chatki na  zrębie znajduję gałęzie idealnie nadające się na opał.

No to do roboty!



Pierwsza porcja drewna opałowego gotowa.

Teraz trzeba ją jeszcze wnieść na górę.


Jeszcze tylko trochę i jestem na miejscu. Czynność muszę powtórzyć jeszcze dwa razy. Męczy mnie nieco trzykrotne podejście z naręczem pełnym drewna. Stwierdzam, że łatwiej będzie wciągnąć gałęzie na górę i porąbać je później na miejscu, pod chatą.


Tak też czynię.



Zapas drewna na dziś gotowy.

Pora rozpalić w piecu. 

Już po chwili ogień wesoło trzaska oddając chacie swe ciepło.

Z komina wydobywa się natomiast gęsty dym z płonących mokrych gałęzi.


Dym zlewa się niemal z wszędobylską mgłą.


Drewno porąbane, w chacie coraz cieplej - czas przygotować solidne miejsce do spania tuż obok pieca, na którym spędzę kolejne noce. Poniżej przedstawiam krok po kroku proces budowy takiego łóżka. Jestem tu sam, więc do dyspozycji mam cały asortyment wnętrza. Chciałoby się rzec... czym chata bogata! A więc zaczynam!


Jedna ławka...

...druga ławka...

...dwa stołki...

...trzy znalezione karimaty...



...znaleziony śpiwór...

...teraz moja karimata...

...coś pod głowę...

...a na koniec rozwijam mój śpiwór i łóżko gotowe!

Teraz trzeba coś zrobić z moim drewnem na opał, bo jest ono na tyle mokre, że nadmiar dymu wydostaje się przez nieszczelny, stary piec, powodując niepotrzebne szczypanie oczu. W tym celu przynoszę kilka kamieni, które układam na płycie pieca.


Na kamieniach kładę kilka grubszych gałęzi, które posłużą mi za stelaż.

Następnie układam na nim mniejsze kawałki drewna dbając zarówno o stabilność konstrukcji, jak i odstępy zapewniające swobodny przepływ ciepła.


Na górze umieszczam drobne gałązki, które będą idealnym materiałem na rozpałkę kolejnego dnia.

Cały proces muszę powtórzyć kilkukrotnie aby wysuszyć całe drewno.

Jeśli będziecie kiedyś suszyć drewno podobnym sposobem, pod żadnym pozorem nie zostawiajcie go bez opieki. W trakcie suszenia na płytę pieca spadają bowiem drobne kawałki drewna i kory, które momentalnie się zapalają. Ponadto od wysokiej temperatury, pomimo braku styczności z płytą pieca, drewno może się samoczynnie zająć ogniem. Dlatego trzeba je mieć cały czas na oku.


Kolejną czynnością, którą trzeba wykonać, to przyniesienie wody ze strumyka. Oddalony jest on kilkaset metrów od chatki. Niegdyś płynął on kilka metrów dalej niż teraz, w bardziej dogodnym miejscu. Przy samej ścieżce utworzyła się tam z kamieni naturalna misa a woda spływała do niej po położonym metalowym kątowniku, co ułatwiało jej nabieranie. Obecnie strumyk zmienił nieco koryto. Mimo, że nadal przecina ścieżkę, to trudniej nabiera się teraz wodę. Użyłem do tego plastikowego kubeczka.



W ten sposób spędzam w chacie cztery grudniowe dni - rąbiąc drewno, nosząc wodę, gotując, jedząc i grzejąc się przy piecu. Do samego końca jestem zupełnie sam, co wcale mi nie przeszkadza. Przez cały pobyt dbam aby w piecu płonął ogień.


Pod koniec pobytu ciepło pieca jest jeszcze bardziej przyjemne, zważywszy na to, że po raz pierwszy tej zimy mam możliwość obcowania ze śniegiem.


Jak się później okazało, na nizinach jeszcze długo przyszło mi czekać na pierwszy śnieg.


Jak widać, wyjazd w góry nie zawsze musi być pełen rozległych widoków. Czasami wystarczy dobre miejsce, w którym niczym w samotni można się odciąć od świata, aby wrócić z gór w pełni usatysfakcjonowanym. Wiem jednak, że nie każdy chciałby czegoś takiego doznać, szczególnie podczas samotnego wyjazdu. Jest to opcja wyłącznie dla górskich koneserów spania jakkolwiek i gdziekolwiek. Gorąco polecam... nawet w grudniową porę!

W tym miejscu powinienem zapewne napisać, gdzie znajduje się to miejsce. Wybaczcie ale tego nie uczynię. Reklama w internecie na pewno nie wyszłaby na dobre temu miejscu. Sam dowiedziałem się o nim drogą pantoflową i samodzielnie odszukałem do niego drogę. Nie widzę powodu aby na talerzu podawać publicznie jego lokalizację, jeśli ma ono choć trochę zachować charakter samotni w przyszłości. Osoby znające to miejsce proszę natomiast o nie wyjawianie swej wiedzy w komentarzach. Legendy tworzą się same ale trzeba im pomóc zachować tajemniczość!

Komentarze

  1. 4 dni samemu? Ja tam po dwóch dniach wymiękam jak nikt nie przyjedzie. A i palić mi się w piecu nie chce :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dłużej niż 4 dni jeszcze sam tam nie siedziałem ;) Jak jest ciepło też w piecu nie palę (chyba, że chcę coś ugotować) ale zimą nie ma innej opcji.

      Usuń

Prześlij komentarz

Nowe komentarze będą widoczne po zatwierdzeniu.

"To ryzykowna sprawa wychodzić z domu za próg. Uważaj na nogi, bo nie wiadomo, dokąd Cię poniosą."
J.R.R. Tolkien

Wspierają mnie:

CQB.PL Ledlenser sklepdlaturysty.pl Varms Knives
mountainking.pl frago.pl COMPASS Sygnatura